|
Redaktor: Wiesiek
|
|
28.04.2009. |
|
No to zaczynamy wspominać, tamte piękne czasy spędzone w SP nr 1 w Humniskach, w latach - 70 tych.
W tamtych czasach higienistka, co jakiś czas wpadała podczas lekcji do klasy i odbywało się sprawdzanie czystości, kontrolowała nam długość włosów, ich czystość, uszy, szyję, ręce i to chyba w dzisiejszych czasach zabrzmi sensacyjnie - nogi…
Wtedy prawie wszyscy chłopcy ustawiali się pod studnią z zimną wodą, jeden pompował , a pozostali w korytku myli brudne nogi.
Może dlatego byliśmy dobrze zahartowani ?
Brud brał się stąd, że przed lekcjami zawsze graliśmy na szkolnym boisku w piłkę nożną, przynajmniej tak mi się dzisiaj wydaje...
I na zakończenie jeszcze jedno wspomnienie z tamtych czasów, pamiętam jak byliśmy w pierwszej klasie, szkolnym woźnym był Pan Barbara, człowiek który oprócz swoich zwykłych obowiązków opiekował się jeszcze baranami Pana Dyrektora, pisząc baranami nie mam na myśli absolutnie uczniów , chociaż w tamtych czasach takie określenia często padały z ust nauczycieli, otóż ten Pan kiedy ktoś z uczniów podpadł u nauczyciela za długie włosy, za pomocą nożyc do strzyżenia tychże baranów, robił porządek z długimi włosami delikwenta.
Dzisiaj chyba najlepszy zakład fryzjerski nie potrafiłby stworzyć takiej fryzury, szkoda, były to piękne czasy…
Następne wspomnienie
Było to chyba w siódmej klasie, w 1976 roku, na pewno w poniedziałek, ponieważ w tym dniu z samego, rana przed lekcjami na szkolnym korytarzu odbył się poniedziałkowy apel.
Jak zwykle, dyrektor Gawroński odczytał jakieś komunikaty, ktoś z uczniów zarecytował jakiś wiersz, odśpiewaliśmy hymn i rozeszliśmy się do swoich klas?
Podczas którejś lekcji, był to chyba język polski z panią Szubową, do klasy weszła Pani Filowa i oznajmiła nam, żeby natychmiast wyjść na nadzwyczajny apel, wszyscy opuścili klasę z wielką radością, ponieważ kto z nas nie uwielbia, kiedy podczas lekcji nagle trafia się okazja do przerwy w zajęcia?
Staliśmy na korytarzu, któraś z Pań oznajmiła nam wszystkim, że na naszym strychu zagnieździły się... Szczury.
Odruchowo weszliśmy wyżej na barierki, żeby nas te szczury nie pogryzły, jakież było nasze zdziwienie, kiedy zamiast szczurów ze strychu zaczęli schodzić uczniowie różnych klas, którzy uciekli tam na wagary.
Dzisiaj, kiedy to wspominam przypomina mi to rewię gwiazd, które po długich schodach schodzą w dół w świetle jupiterów, w prawdzie nie było tam świateł i odpowiedniej muzyki, ale reszta wypisz wymaluj - rewia.
Uczniowie schodzili pojedynczo, cała szkoła patrzyła na nich z zazdrością, nawet z naszej klasy mięliśmy tam przedstawicielkę.
Tym zejściom ( nie z tego świata, a ze strychu) towarzyszyły komentarze, wyglądało to mniej więcej tak,
- Kogo my tam jeszcze mamy?
Wtedy schodził następny wagarowicz, a do naszych uszów dochodził komentarz
0, nawet głupi Wo......
Tu nie wymienię nazwisk, bo ci ludzie już mają dorosłe dzieci i może byłoby im dzisiaj wstyd, że kiedyś w szkole podstawowej urządzono im nadzwyczajny apel.
Dzisiaj w szkole panują wręcz idealne warunki nie tylko do nauki, w naszych czasach ubikacje znajdowały się na zewnątrz szkoły, w zimie nikt tych pomieszczeń nie ogrzewał, zamiast muszli sedesowych były zwyczajne deski, na których nie sposób było usiąść, nie tylko dla tego, że były zimne i pokryte lodem, ale były brudne.
Często na przerwach, na betonowych posadzkach graliśmy w „dołki”, nie dlatego, aby klimat do takich gier był tam sprzyjający, ale dlatego, że hazard w szkole był zakazany, no, a czasami na tej posadzce było kilkadziesiąt monet po 10 gr. zwykła bułka kosztowała wtedy 20 gr. lizak chyba 50 gr.
Czasami wpadał tam nasz dyrektor i wyciągał nas z tych pomieszczeń za uszy, przepadały wtedy nasze pieniądze, ale my z uporem maniaka wracaliśmy do naszego "kasyna" za jakiś czas, kiedy wszystko ucichło.
W szkole ogrzewanie odbywało się za pomocą pieców kaflowych, na przerwach takie piece były oblegane przez uczniów, którzy najnormalniej w świecie podczas lekcji marzli w nieogrzanych klasach, gdzie okna były nieszczelne, a zimy w tamtych czasach były pełne śniegu i bardzo mroźne.
Kiedyś wykręciliśmy taki numer, że do pieca wrzuciliśmy stare gumowe buty, ktoś otworzył drzwiczki, a na całą szkołę rozszedł się dym i przerwano nam naukę na kilka godzin, dzięki temu nie mieliśmy lekcji z języka rosyjskiego, a szykował się pogrom, lub rzeź niewiniątek jak kto woli...
Któregoś pięknego popołudnia zaraz przed wakacjami, ktoś odkręcił kierownicę przy rowerze, Pani Sz….., a była to stara przedwojenna niemiecka damka, na której przyjeżdżała do szkoły, jak co dzień Pani zawiesiła torebkę na kierownicy, przełożyła nogę przez ramę roweru i rozpoczęła jazdę, za wielką lipą, która rosła na dziedzińcu obok szkoły, chciała skręcić w prawo w kierunku głównej drogi, kierownica skręciła w prawo, a rower pojechał na wprost do fosy, skończyło się to na upadku i rozdarciu rajstop, a co tam jeszcze pod nosem szeptała nasza Pani wychodząc z rowu, tego się już chyba nigdy nie dowiemy.
Taka była w tamtych czasach nasza szkoła, taka była młodzież i nauczyciele.
W dawnych czasach też uprawialiśmy sport, tylko warunki do tego były o niebo gorsze.
Pamiętam jak pierwszy raz zagrałem w siatkę, kiedy byłem w szóstej klasie, był to mecz miedzy SP nr 1 w Humniskach i SP w Jaśle, wstyd dzisiaj o tym pisać, ale grałem na bosaka..., Jak dobrze pamiętam, to wtedy na lekcjach WF nikt nie ćwiczył o obuwiu sportowym, jeżeli zajęcia odbywały się w sali gimnastycznej?
Do większych osiągnięć należy zaliczyć, bardzo wysokie miejsca naszych łuczników, którzy sięgali nawet po tytuły mistrzów Polski, oraz wysokie pozycje w Mistrzostwach Europy.
Chociaż nie było takiego sprzętu jak dzisiaj, młodzi ludzie byli wysportowani, nie dawaliśmy się ograć w koszykówkę, siatkówkę, w piłkę ręczną, zawsze byliśmy na medalowych pozycjach w klasyfikacji wojewódzkiej.
Wtedy nie było Internetu, trzeba było coś ze sobą zrobić, kopaliśmy piłkę przed lekcjami, na przerwach, oraz po lekcjach, więc kondycję mieliśmy doskonałą, stąd chyba i dobre wyniki w różnych zawodach sportowych.
|
|
Redaktor: Wiesiek
|
|
27.04.2009. |
|
Chciałem zaznaczyć, że przytoczone anegdoty są autentyczne !
Pewnego razu do naszego urzędu, przyszedł klient, który chciał odebrać przekaz pocztowy, podszedł do okienka listowego i pokazał otrzymane od listonosza awizo, Pani z okienka spojrzała na otrzymany dokument i nie podnosząc wzroku odparła
-Proszę z tym iść na drugą stronę, tam wypłacą Panu pieniądze...
Klient wyszedł z budynku i udał się na drugą stronę ulicy, gdzie znajdował się warzywniak.
Niestety, Pan z warzywniaka nie chciał wypłacić pieniędzy, więc Klient już troszeczkę zdenerwowany wrócił z powrotem do okienka listowego z pretensjami, że ten Pan nie chce mu wypłacić pieniędzy.
-A gdzie Pan był z tym awizem ?
Zapytała zdziwiona koleżanka podnosząc wzrok znad dokumentów, którymi była pochłonięta do reszty.
-Po drugiej stronie ulicy?
Odparł zdziwiony Klient
-Ja Panu kazałam iść na drugą stronę holu, do okienka kasowego, a nie na druga stronę ulicy...
Odparła zmieszana tą całą sytuacją koleżanka.
Wychodząc na przepustkę z JW 4758 w Świnoujściu, mój kolega poprosił mnie, o wykupienie biletu kolejowego, ponieważ chciał się udać do domu na tzw przepustkę 48.
Miejscowość w której mieszkał Leszek, nazywała się
tak dziwnie więc, aby zapobiec ewentualnej pomyłce, zaproponowałem mu, żeby napisał mi na kartce nazwę stacji kolejowej do której mam mu wykupić bilet.
Kartkę schowałem do kieszeni i wyruszyłem w miasto.
Do okienka kasowego na Dworcu PKP w Świnoujściu stało kilka osób, wyciągnąłem kartkę z kieszeni i zamarłem...
Nie spodziewałem się ,że mój kolega pisze jak kura pazurem, kombinowałem na różne sposoby, ale za diaska nie mogłem odczytać nazwy tej cholernej miejscowości.
Kiedy stanąłem oko w oko z Panią kasjerką, postanowiłem podać jej kartkę papieru z nadzieją, że może ona zdoła to rozszyfrować...
Mijały sekundy, po twarzy kasjerki wywnioskowałem, że ma problemy podobne do moich, popatrzyła na mnie takim błagalnym wzrokiem, że zrobiło mi się jej żal...
-Proszę Pani, to dla mojego kolegi z jednostki, ta stacja kolejowa znajduje się gdzieś koło Bydgoszczy...
Odezwałem się mając nadzieję, że kasjerka jakoś skojarzy nazwę miejscowość.
W tym momencie Pani złapała się za serce i krzyknęła
-Jezusss Mariaaa... To pan mówi...?
A ja myślałam, że pan jest głuchoniemy. |
|
Redaktor: Wiesiek
|
|
26.04.2009. |
|
Rok temu o tej porze, w niektórych miastach Polski organizowana była akcja pt "Noc Muzeów"
Większość tych obiektów była otwarta dla zwiedzających w godzinach nocnych, być może jest o ciekawa impreza, nie wiem nigdy w niej nie uczestniczyłem, ale wydaje mi się, że skierowana jest raczej do mieszkańców dużych miast, tam gdzie naprawdę warto zobaczyć jakieś muzeum bogato wyposażone w unikalne eksponaty.
Osobiście nie miałbym sumienia ciągnąć po nocy dzieci, myślę, że lepszym pomysłem były darmowe poniedziałki, gdzie masę wycieczek nie tylko szkolnych ale i pracowniczych z prowincji, mogło za darmo odwiedzać muzea i chyba koszty były mniejsze, nie trzeba było zużywać energii elektrycznej, i płacić pracownikom muzeum za przepracowany czas w godzinach nocnych, Ja byłbym za normalnością, dlaczego ludzie mają błąkać się nocami po muzeach, czy dlatego, że jest to dla nich jakiś rodzaj atrakcji turystycznej, niesamowite przeżycie, czy ze względu na darmowy wstęp.
Nie wyobrażam sobie na takiej imprezie rodziców z dziećmi o godzinie drugiej w nocy, jaki to ma sens, edukacyjny?
Być może dla zakochanych par, taki romantyczny spacer po zakamarkach muzealnych sal, pozostawi jakieś niezapomniane wrażenia, ale wydaje mi się, że dla większości zwiedzających chyba bardziej decyduje czynnik ekonomiczny, ludzie są biedni i nie stać ich zwykłą wizytę w muzeum w normalnych godzinach otwarcia. ale skoro jest to tak nagłośnione i okrzyknięte hitem, to kto się odważy zapytać, czy to ma sens? |
|