Wybór interesującego tematu dalszych moich rozważań na muzycznych nie był łatwy mimo tego, iż „muzyka obszerną dziedzina jest” i zapewne można na ten temat pisać wiele. Z jednej strony powstaje dylemat jaki utwór przedstawić by zainteresować Czytelnika. Z drugiej strony zdałem sobie sprawę, że hipotetycznie odrzucając muzykę, której nie lubię i tak pozostaje ogrom przecudownych i przeciekawych utworów, które chciałbym polecić Drogiemu Czytelnikowi w kilku słowach.
Jak wiec zachować tu obiektywizm do którego wszak pisząc jestem zobowiązany i jak dokonać trafnego wyboru? Odpowiedź nasunęła mi się sama o dziwo w trakcie oglądania wiadomości w telewizji na kanale, którego nazwy już nie pamiętam. Zdałem sobie sprawę, że skoro artykuł ma mieć żartobliwy i życiowy charakter, inspiracji zacznę szukać w tym co dzieje się dookoła i zwróci moją szczególną uwagę.
Otóż patrząc na to co dzieje się na polskiej scenie polityczno – obyczajowej wysunęła mi się na pierwszy plan postać naszego byłego premiera Kazia M. Niczym prawdziwy romantyczny kochanek rodem z utworów Byrona musi stawiać czoło całemu światu (burzom, czarownicom czekającym na jego potkniecie by porwać go na swój sabat, ludziom prowadzącym go na szafot), broniąc swojej „prawdziwej” miłości. Nie wnikam w moich dywagacjach nad tym co jest słuszne, a co nie w postępowaniu naszego byłego premiera. Sytuacja w jakiej się jednak znalazł (swoisty Epizod z życia premiera) uderzyła mnie tak mocno, że mój wybór mógł być tylko jeden – Hector Berlioz: Symfonia fantastyczna op. 14 oznaczona podtytułem Epizod z życia artysty.
Utwór ze wszech miar wyjątkowy i pod każdym względem reformatorki jak na czasy w których został napisany. Podobnie jak i postać kompozytora oraz historia, która wiąże się z napisaniem tego dzieła i która ma swoiste odbicie na kartach partytury.
Można powiedzieć, że to właśnie Berlioz jako pierwszy otrząsnął się w pełni z dawnych na wskroś idealnych zasad, które przyświecały muzyce klasycznej i które czyniły z niej muzykę lekką, przyjemną oraz bardzo dobrze przyswajalną w odbiorze. A właśnie tym utworem 28 letni kompozytor, co ważne raptem 3 lata po śmierci Beethovena złamał niemal wszystkie zasady utworów klasycyzmu i utworzył nowy nurt współczesnej symfoniki – erę symfonii programowych czyli nastawionych muzycznie na ilustrowanie określonych stanów emocjonalnych. I pomimo tego, że sam mówił o sobie „jestem crescendem Beethovena” idea w jakiej napisał ten utwór jest daleka od jeszcze niewielkiej formy ekspresji muzycznej, którą prezentował nam ostatni z klasyków wiedeńskich.
Ale zanim dogłębnie przyjrzymy się utworowi proponuję zatrzymać się chwilę przy wycinku z życia samego kompozytora. Może nie było ono aż tak pełne ekscesowych sytuacji w jakie wplątywali się jego koledzy po fachu i byli z tego równie sławni, jak z tego co po sobie zostawili, jednak doszukać się w nim można związku z napisaniem utworu. Bo przecież były to czasy owej „tragicznej miłości” romantycznej. Były to czasy gdy utwory Byrona, Goethego czy te co bardziej tragiczne Szekspira sprzedawały się jak świeże bułeczki. I tak znalazła się w życiu Berlioza owa miłość czy spełniona to miało się dopiero wyjaśnić, ale w chwili pisania Symfonii fantastycznej daleko kompozytorowi było do spokoju ducha i miłosnej sielanki. A to za sprawą podobno przeuroczej damy, alias angielskiej aktorki Harriet Smithson, w której zakochał się kompozytor. Sławna w Paryżu, grająca dzieła Szekspira na deskach najlepszych teatrów francuskiej stolicy, urzekała kunsztem aktorskim i niespotykanym wdziękiem prawie każdego mężczyznę. Berlioz był w tym czasie mało znanym, początkującym kompozytorem i pomimo kilku sukcesów w zawodzie dla śmietanki kulturalnej Paryża był nikim. Nie mógł nawet marzyć o poznaniu gwiazdy takiej kategorii. Namiętne listy, które wysyłał do Harriet pozostawały bez odpowiedzi, a to o mało nie doprowadziło kompozytora do szaleństwa. Uchylę Drogiemu Czytelnikowi rąbka tajemnicy i powiem, że miłość sfinalizowana została ślubem, ale dopiero kilka lat później w innych okolicznościach i po bardzo długiej odsiadce. Ile do tego czasu Berlioz się nacierpiał może nam opowiedzieć tylko Symfonia Fantastyczna, no i może wspominany już nasz były premier Kaziu M.
Jak bardzo Symfonia fantastyczna związana jest z przeżyciami kompozytora? Na to pytanie odpowiada nam sam Berlioz. Nie tylko samą muzyką czy podtytułem oczywiście. Ponieważ jak wspomniałem symfonia ma charakter programowy, obrazujący plastycznie stany uczuciowe, opowiadający muzycznie pewną historię, a na owe czasy było to niezwykle reformatorskie i w pewien sposób niezrozumiałe, kompozytor 21 maja 1830 roku w bardzo poczytnej gazecie Paryskiej „Le Figaro”, na kilka dni przed premierą opublikował swoisty komentarz literacki do swojego dzieła. Rozpoczynał się on od słów…
„Kompozytor miał zamiar przedstawić muzyką różne momenty z życia artysty. Plan do instrumentalnego dramatu bez tekstu musi być z góry wyjaśniony. Program niniejszy należy przeto uważać za jakby mówiony tekst opery, przedstawiający charakter i wyraz następujących po sobie części.”
Tak więc swoista historia opowiadana muzyką obrazuje przeżycia miłosne kompozytora, który tutaj występuje pod firmą „artysta obdarzony bujną wyobraźnią” i który „zażywa opium będąc pogrążonym w rozpaczy”. Działanie tego narkotyku ma na pewno swoisty wpływ na odczuwanie artysty, gdyż świat realny miesza mu się z wyimaginowanymi widziadłami, scenami rodem z piekła. A wszystko dotyczy niespełnionej miłości, do spotykanej przypadkowo kobiety idealnej, będącej ucieleśnieniem snów i marzeń zapewne tych najbardziej pikantnych i skrytych. Tą kobietą tutaj jest ideé fixe, pewna melodia, która od początku kojarzy się powodzią uczuć samego kompozytora, która jest motywem przewodnim całego dzieła, pojawiająca się i znikająca bo w jednej chwili widzimy ją w pełnej okazałości, innym razem tylko jakby rąbek sukni znikający za rogiem, nieustannie przetwarzana, zmieniana w zależności od tego co czuje artysta, czy jest pełen uwielbienia, ekstazy gniewu, czy nienawiści. W tym miejscu pojawia się pierwszy element nowatorstwa dzieła Berlioza. Ta idea to coś więcej niż temat znany z symfonii klasycznych, który podlega ścisłym regułom przetworzenia zgodnie z ideą formy sonatowej. Ta idea – motyw przewodni – owa kobieta – to motyw pojawiający się cały czas w każdej części, rozwijany i prowadzony tak, aby wywoływać odpowiednie stany emocjonalne. Jest umiejscowiony jakby w nurcie określonych muzycznych sytuacji. Natomiast pojawia się w różnych obliczach: wesoły in majore, smutny in minore, w swoistym mouvement de valse na balu, czy w rytmie groteskowej polki opisującej harcujące czarownice. Ciągle jednak stawia nam przed oczy obraz tej jedynej, idealnej i ukochanej kobiety.
Jak bardzo idea motywu przewodniego zrewolucjonizowała muzykę wczesnego romantyzmu? Ogromnie! Wystarczy popatrzeć na twórczość kolejnego giganta, nawiasem mówiąc człowieka wielbiącego muzykę Berlioza i jego przyjaciela, a mianowicie Richarda Wagnera. Mistrz z Bayreuth wykorzystuje ideé fixe w swojej koncepcji dramatu muzycznego i każdej postaci, sytuacji nadaje jakiś charakterystyczny temat muzyczny – leit motive. Za każdym razem gdy jakaś postać pojawia się na scenie lub ma miejsce sytuacja związana fabułą z inną sceną pojawia się określony motyw muzyczny, który wprowadza w klimat sceny i obrazuje uczestnikowi przedstawienia charakter akcji toczącej się na jego oczach. W przypadku dramatów Wagnera liczba leit motiv była ogromna, w „Pierścieniu Nibelungów” przekracza setkę, a sam kompozytor skrzętnie wypisywał je na początku partytury by ułatwić pracę dyrygentowi.
Berlioz wprowadza nas w świat fantazji łamiąc następną zasadę muzyki epoki klasycyzmu, a zarazem wprowadzając znowu coś nowego i niespotykanego. Dotychczasowa forma symfonii opierała się z reguły na 4 częściach zamkniętych w ścisłych ramach formy sonatowej. W pierwszej ekspozycyjnej części spotykały się dwa tematy zwykle przeciwstawne tonalnie lub rytmicznie i bywały rozwijane i przetwarzane. Potem była część wolna, szybki i wesoły menuet wypierany stopniowo przez scherzo i na zakończenie finał – rondo. Czytelnicy czytający „Le Figaro” zapewne myśleli, że to jakiś żart młodego kompozytora. Jakie było ich zdziwienie, gdy na koncercie w sali paryskiego konserwatorium usłyszeli utwór mający pięć części i zupełnie nie podobny do tego co słuchali kilkanaście dni temu. Pierwsza część zatytułowana Marzenia i Namiętności opiera się na przedstawionej melodii przewodniej ale wplecionej w krajobraz różnych zdarzeń. Muzyka na początku wolna i spokojna, burzy się wraz z trwaniem utworu, narasta to znowu cichnie, kreuje nam wizje kobiety we wszystkich stanach emocjonalnych do jakich odczuwania zdolny jest zauroczony kochanek. Jest tutaj miejsce zarówno na miłość, uwielbienie, namiętność ale i na gniew, wzgardę czy odrzucenie. Muzycznie orkiestracja, nawiasem mówiąc o wiele większa jeśli chodzi o obsadę i bogatsza jeśli chodzi o barwę niż stosowana w tamtych czasach, powala na kolana różnorodnością barw i środków wyrazu.
Bal to druga część. Tutaj wśród tanecznych rytmów walca, menueta i in. artysta spotyka swoją ukochaną. Szał zabawy wprowadza go powoli w zmysłowe zatracenie, że zanim się spostrzeże znajduje się w innym miejscu – Wśród pól. Tutaj spotyka nas muzyka całkowicie pastoralna, sielankowa. Artysta odzyskuje spokój ducha, nabiera nowej energii, a w jego serce wstępuje nadzieja, że może być dalej z ukochaną kobietą. Jednak po pewnym czasie można zauważyć, że milkną pasterze grający swoje spokojne melodyjki. Na koniec zostaje sam jeden pasterz grający smutną melodie, jednak i on milknie, a na horyzoncie pojawiają się chmury. Kotły cichutko zwiastują nadchodzącą burzę. Najwspanialszym i najbardziej znanym fragmentem Symfonii jest Marsz na miejsce stracenia. To tutaj artysta doświadcza narkotycznych wizji. Zdaje mu się, że zabił ukochaną i jest prowadzony na miejsce kaźni. Jego kroki prowadzi posępny marsz, który zmienia się w trakcie na bardzo uroczysty, pełen ekspresji, dumy i daje wręcz poczucie aprobaty za czyn którego dokonał artysta i poczucie odzyskanej wolności. Jednak atmosferę patosu przerywa ukochana – jej melodia powraca znowu na chwileczkę przed sama egzekucją. Artysta po egzekucji odzyskuje świadomość i widzi, że jest już potępiony, a nad jego szczątkami zbierają się wiedźmy by odprawić Sabat Czarownic. Posępne dźwięki dzwonów i trąb świadczą o tym, że życie i szczęście dla artysty się skończyło.. Następnie czarownice rozpoczynają swoje piekielne harce. Pojawia się tutaj dzika muzyka, w której raz po raz słyszymy groteskową melodie ukochanej naśmiewającą się z kochanka. Nad całością słyszymy posępną, sparodiowana melodię gregoriańskiej sekwencji Dies Irae. Orgia czarownic ma formę bardzo szybkiego ronda.
Nic więc dziwnego, że utwór szokował. Na początku bardzo niewielu potrafiło docenić to co zaprezentował im kompozytor. Jeszcze mniej osób zdawało sobie sprawę, jaki kamień milowy pan Hector postawił dla wielu przyszłych twórców. To co u Beethovena było zaledwie mgnieniem osobistych przeżyć i cech charakteru, u Berlioza zamienia się w burzę naładowaną emocjami, z której możemy czytać jak z książki. Słuchając tego utworu nagle zdajemy sobie sprawę jak bezduszne pomimo, że odziane w formę idealności były utwory Haydna czy Mozarta. Trudno też porównać ten utwór z utworami rówieśników – romantyków. Osobiście wyrażam opinię, iż do czasów Szeherezady Rimskiego – Korsakowa, czy poematów Richarda Straussa trudno doszukać się podobnego dzieła, jeśli chodzi o osiągnięcia na gruncie programowości.
A teraz czas na refleksję z przymrużeniem oka. Pytaniem jest do jakich rzeczy może doprowadzić miłość, namiętność, ubóstwianie…? W takim razie co pozostawi nam miłość naszego ex premiera. Pewnie tylko szum medialny ale kto wie…
Co skłoniło mnie do napisania kilku słów od siebie i podzielenia się tym z Drogim Czytelnikiem? Cóż może po trochu sytuacja w jakiej znajduje się od dobrych kilku lat. By odpowiednio zobrazować problem i należycie przedstawić wnioski jakie mi się nasunęły po jego analizie, warto przytoczyć pewne zdarzenie, które miało miejsce w trakcie wykonywania moich zawodowych obowiązków. Z perspektywy czasu sytuacja wydaje się zabawna i sam niejednokrotnie oczywiście z dużą dozą ironii śmiałem się z niej, jednak nie ukrywam, że tamtego dnia po prostu się zdenerwowałem.
Cale zdarzenie miało miejsce w kościele w trakcie Pasterki albo Mszy Rezurekcyjnej. Dziś z perspektywy czasu już nie pamiętam. Oczywiście jak to już jest w tradycji podczas owych uroczystości tradycyjnie śpiewa nasz brzozowski chór parafialny. Uroczystość miała już się ku końcowi, chór odśpiewał swój końcowy numer, a ja zacząłem na pięknym instrumencie jaki posiada nasza kolegiata grać wspaniały utwór – Toccatę z 5 Symfonii organowej f moll op. 42 nr 1 Charles’a - Marie Widora.
Pomijając już fakt, że utwór ten należy do czołówki literatury organowej i wymaga od organisty niezwykłej biegłości, na pewno jest dziełem bardzo popularnym, a ze względu na jego pompatyczny charakter wykonywany jest w trakcie wielkich uroczystości i ceremonii ślubnych. Sam słyszałem kilka jego wykonań choćby nawet w trakcie transmisji pasterki z Watykanu. Niestety ze względu na charakter utworu i sylwetkę kompozytora (o czym wspomnę później) dzieło wymaga bardzo dużego instrumentu stąd też wysłuchanie go na żywo jest w pewien sposób gratką dla każdego melomana.
Dzięki staraniom naszego zasłużonego ks. Infułata Brzozów posiada odpowiedni instrument, a ponieważ znalazła się i osoba, która potrafi to dzieło wykonać więc nie było żadnych przeciwwskazań by uraczyć melomanów odrobiną pozytywnych przeżyć.
I tu spotyka mnie ogromna niespodzianka. Otóż pewna pani „meloman”, śpiewaczka chóru parafialnego podchodzi od mnie i przerywa mi mój występ. W kilku niezbyt miłych słowach wyraża swój zachwyt nad utworem stawiając go niżej od przebojów disco polo. Jakby tego było mało dostaje się również wykonującemu. W całym zamieszaniu owa pani nie omieszka pokazać się również, ze strony wybitnego znawcy przedmiotu przypominając mi w co drugim wyrażeniu jaka przepaść dzieli moją i jej osobę.
Cóż, mnie normalnie zatkało i przyznam się, nie byłem na to przygotowany.
Co do moich refleksji, to cóż nie chciałem przez grzeczność pokazać owej już wiekowej pani, kto jest organistą i na kim spoczywa władza decyzyjna w kwestii doboru repertuaru, ani tym bardziej udowadniać kto posiada większy zasób wiedzy w temacie. W pewien sposób takie postępowanie wydaje mi się uwłaczające ideałom w jakich zostałem wychowany. Zdałem sobie jednak sprawę, że tak naprawdę wiedza o muzyce w Brzozowie jest znikoma. Koneserów jest niewielu, dla większości osób nie ma znaczenia co słuchają w kościele, a szczególnie te starsze osoby bardziej były zainteresowane tym, ze młody organista gra inaczej niż stary, a co za tym idzie pewnie źle w ich mniemaniu.
I przyznam się byłem bliski zwątpienia. Miałem zamiar to rzucić! I nie ukrywam, że nadal czasami mam taką ochotę, jednak...
Pewnego razu zaczepiła mnie na ulicy jedna starsza pani dosyć znana zresztą w brzozowskim środowisku i stwierdziła że bardzo jej się podoba jak gram, że nigdy wcześniej nie słyszała takiej muzyki tu w Brzozowie i jest zadowolona, że może tu na miejscu teraz jej słuchać. Po wyrażonych przeze mnie wątpliwościach oburzona stwierdzała, że w Brzozowie jest wiele osób, które myślą podobnie jak ona i żebym nie rezygnował. I rzeczywiście z biegiem czasu pojawiały się osoby naprawdę szczerze zainteresowane tym tematem. Do dzisiaj nie zapomnę jak podszedł do mnie jeden młody człowiek. Powiedział, że przyjechał tu do dziewczyny i będąc razem z nią w kościele usłyszał jeden z utworów, które wykonywałem. Tak był tym faktem zaaferowany, że prosił mnie o udostępnienie mu informacji, gdzie może w Internecie znaleźć jakieś ciekawe nagrania i inne materiały związane z muzyką organową.
Bo przecież nawet ludzie, którzy z muzyką poważną bądź filmową obcują na co dzień, nie wiedzą zapewne kto to był ów Charles Marie Widor. Owszem pewnych nazwisk w historii muzyki nie sposób pominąć: Bach, Mozart, Beethoven może Wagner i Penderecki. Nawet prosty człowiek o nich słyszał. Koneserzy i zawodowi muzycy mogą znacznie więcej powiedzieć na temat wielu innych kompozytorów, ale z doświadczenia wiem, że i oni z reguły są zamknięci w swoim ściśle określonym światku. Trudno nie powstrzymać się więc od stwierdzenia, że kultura naszych czasów w znacznym stopniu podupadła, bo przecież tak samo jest i z innymi dziedzinami sztuki. Przecież muzyka jest tak piękna i różnorodna, ma tyle gatunków i form wyrażania, a jej skarby tylko czekają by z nich czerpać.
Zapewne trudno uwierzyć Czytelnikowi, że ów znikąd dzisiaj nieznany Widor w swoich czasach czyli u schyłku XIX wieku, nawiasem mówiąc całkiem nie tak dawno, był personą bardzo znamienitą, sławną i szanowaną. Będąc w Paryżu w tamtych czasach, nie sposób było nie wstąpić to kościoła St. Sulpice (tego samego gdzie toczy się fragment akcji powieści Browna DaVinci Code jak i filmu który na jej podstawie powstał) i nie posłuchać jak gra tam starszy pan na jednym z najwspanialszych instrumentów jakie wyszły z pod ludzkiej ręki.
Jako uczeń samego Cesara Francka, Widor kontynuował zapoczątkowaną przez niego ideę symfonizmu organowego oraz pisania utworów w stylu stricte francuskim nazwanym jako musica gallicana. Jego najwybitniejszymi uczniami byli Louis Vierne, Albert Schweitzer (laureat pokojowej nagrody nobla) czy Marcel Dupre, którego uczył kompozycji w Konserwatorium Paryskim, i który po jego śmierci został organistą kościoła St. Sulpice. Jego największymi dziełami jest dziesięć symfonii organowych, wspaniałych monumentalnych dzieł, których urok jest tak ogromny, że po ich wysłuchaniu można stwierdzić, że właśnie organy są jedynym instrumentem mogącym się równać z orkiestrą symfoniczną. Toccata z 5 Symfonii jest najbardziej znana. Bardzo często można posłuchać pierwszą część Symfonii nr 6, która nie tylko zachwyca formą, ale jest popisem biegłości organisty, który sięgnie po to dzieło (również ten utwór słychać czasem w murach naszej kolegiaty). Symfonie organowe zachwycają bogactwem dźwięku, niezwykłą melodyjnością, iście symfonicznymi zmianami tempa, dynamiki i artykulacji oraz wyobraźnią muzyczną wg mnie o wiele bardziej ciekawszą niż wyobraźnia twórcy kierunku C. Francka. Ponadto dorobek twórczy Widora obejmuje muzykę symfoniczną (jest autorem 4 Symfonii i Symfonii z organami jako instrumentem koncertującym), instrumentalną oraz wokalno – instrumentalną – zarówno o charakterze świeckim jak i religijnym.
Widor był naprawdę bardzo wybitną osobowością i nie można obok niej przejść obojętnie. Jednak historia nie obdarzyła go taką sympatią jak innych kompozytorów. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Może dlatego, że muzyka tamtych czasów zmieniała się i ewoluowała z przerażającą szybkością, a każdy kompozytor miał wiele do zaoferowania i trudno zatrzymać się nad pojedynczym przypadkiem. Gusta paryskiej, ba światowej publiczności podbijała egzotyczna, tajemnicza i niezwykle liryczna muzyka ze wschodu (Rachmaninow, Skriabin, Bartók). Może też fakt, że Widor był głównie organistą też sprawił, iż jego gwiazda nie świeciła tak mocno jak innych kompozytorów.
Na pewno warto posłuchać utworów Charlesa Marie Widora jako czegoś świeżego i nie tak oklepanego jak te najbardziej znane przeboje muzyki „klasycznej’, które są non stop serwowane nam w mediach. Zapewniam, że muzyka poważna i filmowa ukrywa przed nami niewiarygodna liczbę perełek. Podobnie jak w muzyce rozrywkowej lubimy czasem posłuchać coś nowego bądź wrócić się w klimat lat 60, 70, 80 – tych, jednym słowem odpocząć od dziesięciu piosenek, które są teraz na topie i niezależnie od tego na jaką komercyjną stację radiową przełączymy ciągle obijają się nam o uszy.
Kto wie, możliwe, że jakieś wydarzenia w życiu zainspirują mnie jeszcze do podzielenia się z Czytelnikiem, moimi fascynacjami muzycznymi, a może po prostu chęcią zwrócenia uwagi na coś absolutnie fenomenalnego albo po prostu ciekawego, czego nie dostaje się na szwedzkim stole epoki komercyjności? Poczekamy, zobaczymy…