| Wrześniowi Tułacze |
|
|
|
| Redaktor: BPI | ||
| 13.01.2009. | ||
Brzozowski Batalion Obrony NarodowejStanisław Graboń urodził się w roku wybuchu pierwszej wojny światowej. W wolnej już Polsce jako poborowy otrzymał kategorię "C". Zobowiązywało go to, wraz ze starszymi rocznikami do służby w terytorialnych batalionach obrony.
Ćwiczenia i rozrywka.
Brzozów wraz z ościennymi miejscowościami, w tym i Górki, skąd pochodził S. Graboń, tworzyły Brzozowski Batalion Obrony Narodowej. Jego kadrę stanowili kpt. Godawa, kpt. Krauz, starszy sierżant Wojciech Muliński ~ instruktor wyszkolenia podstawowego i wachmistrz Roman Curzytek. Ten ostatni jako kawalerzysta - wychowanek 10 Pułku Strzelców Konnych w Łańcucie był instruktorem szkoleniowym "Krakusów" - członków paramilitarnej organizacji skupiającej ochotniczą młodzież przedpoborową z własnym zapleczem konnym. Podobnie jak "Strzelec" przygotował młodzież do służby wojskowej w jednostkach pieszych, tak w "Krakusach" uczono się być kawalerzysta. Brzozowskim szwadronem Krakusów dowodził Roman Curzytek wachmistrz. Krakusi, banderia konna były w Brzozowie ozdobą różnych pochodów, defilad, uroczyście obchodzonych świąt i rocznic historycznych. W programie wielu imprez na wolnym powietrzu atrakcją były pokazy sprawności wojskowej. Dodatkowo wachmistrz R. Curzytek prezentował przed licznie zebraną publicznością swe umiejętności z akrobacji jeździeckiej, władania szablą i lancą. Roman Curzytek szkołę kawalerii ukończył w 1926 r. Był instruktorem jazdy konnej, ujeżdżania i trenowania młodych koni, ( m. in. do filmu) . Kampanię wrześniową odbył jako szef szwadronu pod dowództwem majora Jakubiaka w ubezpieczeniu 22 Dywizji Piechoty, którą dowodził gen. Boruta - Spiechowicz na szlaku Kraków - Skalmierz - Busko Zdrój - Stalowa Wola - Wola Różaniecka - Jaworów, ( to ranny ) w czasie okupacji przebywał na terenie Brzozowa. Duże uznanie zyskiwała na pokazach jego kara klacz za sprawne pokonywanie przeszkód. Pozorowała również w pozycji stojącej i leżącej osłanianie swego jeźdźca, który spoza jej grzbietu strzelał do celu. Wiosną 1939 r. odbyły się ostatnie ćwiczenia batalionowe. Broń (demobil z pierwszej wojny światowej) pobrano z miejscowego magazynu i tam po ćwiczeniach złożono. Mundury zaś drelichowy - polowy, sukienny -wyjściowy pozostawiono każdemu do przechowania w domu. Stopniowo z letnim ciepłem wzrastała temperatura polityczna. Pod koniec lata sięgała" granicy września". Czekano już tylko na szyfrowy komunikat radiowy o powszechnej mobilizacji. Takowego nie nadano.
Wojenna rzeczywistość.
27 sierpnia. Niedziela. Po nabożeństwie odbył się wiec na wolnym powietrzu. Uczestniczyło w nim "całe miasto". Wiodące przemówienie wygłosił Starosta. Głos zabierali przedstawiciele różnych ugrupowań społecznych. Między innymi, w imieniu młodych, gotowych do obrony kraju deklarację złożył Mieczysław Bieda.* Z wygłaszanych przemówień wyzierała groźba wojny. Potwierdzały to stałe zwiększane roszczenia Hitlera i mnożące się na granicy incydenty prowokacyjne. Nadzieję na jej uniknięcie dawała jedynie - jak sądzono - jednoznaczna, nieustępliwa pełna determinacji i woli oporu postawa całego narodu (może Hitler się nie odważy). Po wiecu mało kto wrócił do domu. Dyskusje... komentarze... Po południu przed Starostwo zajechał samochód sanockiej jednostki wojskowej... Żołnierze bez wyjaśnień rozeszli się po różnych domach... Stało się.... Cicha wybiórcza mobilizacja... Powiało wojną. Wspomnienia sprzed dwudziestu laty zmroziły umysły starszego pokolenia. W wielu domach w pełnym grozy milczeniu trwało pakowanie tornistra i zamiana cywilnego ubrania na mundur wojskowy. Zbiórkę wyznaczono koło "Sokoła", gdzie czekały już wojskowe ciężarówki. Około godziny 17—tej kolumna samochodów z żołnierzami Brzozowskiego Batalionu Obrony Narodowej żegnana przez pełnych lęku i niepewności członków rodzin i licznie zebranych mieszkańców miasta odjechała do Jaślisk, gdzie wraz z innymi batalionami zajęła pozycje obronne.
Złowrogi warkot niemieckich samolotów o świcie pierwszego września oznajmił agresję. W kiłka godzin później wojska słowackie wsparte ogniem moździerzy i karabinów maszynowych zajęły miejscowość Czeremcha. Udanym kontratakiem przy nieznacznych stratach własnych zmuszono Słowaków do wycofania się na własne terytorium i pozostanie tam przez trzy dni. Wyczerpująca się amunicja, przestarzały z pierwszej wojny światowej sprzęt okazały się niewystarczające, by powstrzymać Niemców, którzy w czwarty dzień wojny, w miejsce Słowaków, zaatakowali ten odcinek granicy polskiej. Opóźniając natarcie Niemców batalion wycofał się w kierunku Beska. Tu zagrożony atakiem zmotoryzowanych jednostek niemieckich nacierających z kierunku Rymanowa wycofał się do Sanoka, a następnie przez Wujskie, Birczę do Przemyśla, i dalej do Sądowej Wiśni. Okrążeni przez wojska niemieckie żołnierze brzozowskiego batalionu przeżyli dramatyczne chwile. Wykorzystując maskujące warunki terenowe, o zmroku, miejscowy przewodnik wyprowadził ich z okrążenia pod samymi pozycjami nieprzyjaciela. Przekradając się obserwowali działa i karabiny maszynowe skierowane w opuszczone niedawno pozycje. Przy najmniejszym błędzie zdradzającym przemarsz mogli zostać rażeni siłą ich ognia. Tak się jednak nie stało. Bez strat doszli pod Gródek Jagielloński, gdzie wraz z innymi oddziałami organizowano zaporę przeciwko niemieckim zagonom pancernym. Ponownie okrążeni, w ogniu padających bomb, ostrzeliwani z powietrza przez samoloty a z ziemi przez zaciskające pierścień okrążenia niemieckie jednostki zmotoryzowane, w obliczu nieuchronnej zagłady batalionu, nie widząc sensu dalszej wałki i ofiar, chroniąc życie swych łudzi KPN. Godowa w czasie nasilającego się ostrzału wyszedł na przedpole i podniesieniem chusty zgłosił gotowość poddania batalionu. Przez oficerów SS został potraktowany brutalnie. Z wściekłością zdarto z niego dystynkcje oficerskie i skierowano do kolumny jenieckiej. Jeńcy traktowani byli bezpardonowo. W drodze do Zimnej Wody, gdzie na stadionie pod gołym niebem wyznaczono nocleg, a dalej do Przemyśla eskorta SS bez ostrzeżenia strzelała do każdego, kto chciał wysunąć się z kolumny nawet na "stronę". W Przemyślu eskortę przejął Wehrmacht, a ściśle mówiąc żołnierze austriaccy. Dbając jedynie o oficerów dali wyraźnie do zrozumienia, że nie są zainteresowani utrzymywaniem dotychczasowej dyscypliny. Toteż liczba jeńców stale malała. Wracali do domów pełni goryczy, zszokowani ogromem klęski, z poczuciem nie spełnienia pokładanej w nich wiary w skuteczną obronę kraju. Dopiero błyskawiczne aneksje innych krajów, w tym jeszcze większa klęska potęg europejskich pozwoliły na otrząśnięcie się z upokarzającego uczucia osobistej i narodowej tragedii. Historia Brzozowskiego Batalionu Obrony Narodowej wymaga dopracowania. Nikt nie sporządził spisu poległych. Wiadomo jedynie, że do Starej Wsi nie powrócili Wojciech Dydek i Jan Herbut. Polegli na polu chwały! Wielu z nich podjęło walkę w konspiracji. Czekamy na relacje. We wspomnieniach żołnierzy brzozowskiego batalionu kpt. Stanisław Go-dawa zyskał uznanie wzorowego dowódcy.
Na podstawie relacji żołnierza Brzozowskiego Batalionu Obrony Narodowej - uczestnika tych wydarzeń Stanisława Grabonia oraz wspomnień Edwarda Rogowskiego i własnych opracował Adam Piecuch.
O kpt. Stanisławie Godawie pisze córka: "Ojciec mój - Stanisław Godawa swoją walkę o wolność Polski zaczął w 1914 roku wstępując do Legionów Piłsudskiego i walcząc aż do 1918 roku. W międzyczasie był trzykrotnie ranny. W latach 1919 - 1920 był uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej i brał udział w wyprawie na Wilno. Po wojnie kształcony i szkolony otrzymuje stopień oficerski i służy w pułkach piechoty, a to w 4 Pułku Strzelców Podhalańskich w Cieszynie, a następnie w 2 Pułku Strzelców Podhalańskich w Sanoku (2PSP), skąd w 1933 roku został przeniesiony do Brzozowa na stanowisko Powiatowego Komendanta Obrony Narodowej i "Strzelca" - organizacji paramilitarnej. Z końcem sierpnia 1939 roku skierowany został na front południowo-wschodni. Kapitan St. Godawa walczył dzielnie ze swym oddziałem ON do dn. 16 września, tj. do dnia w którym dostał się do niewoli, szczęśliwie niemieckiej pod Gródkiem Jagiellońskim. W obozie jenieckim Oflag II D Gross-Born (dzisiaj w granicach Polski) przebywał 5 i pół roku, a w styczniu 1945 roku, kiedy losy Polski były już przesądzone ewakuował się na zachód, aż dotarł do amerykańskiej strefy okupacyjnej w zachodnich Niemczech. Tam był zgrupowany do końca 1946 roku, a następnie okrętem floty wojennej USA przypłynął do USA, gdzie pracował do emerytury jako robotnik W 1973 roku przeniósł się do Hiszpanii nad morze Śródziemne, gdzie zmarł w Alicante dn. 10 marca 1988 roku w wieku 93 lat. Urna z jego prochami została pochowana na cmentarzu w Nowym Sączu, gdyż były to Jego rodzinne strony (urodził się tuż za granicą w Starej Lubowni na Słowacji)."
Jadwiga Godawa-Pałczyńska.
Wojciech Muliński ar. 18 kwietnia. 1962 r. w Kołaczycach pow. Jasło, w stopniu starszego sierżanta pełnił "służbę w drugim pułku strzelców Podhalańskich w Sanoku. Przeniesiony do Brzozowa, od 1931 r. wchodził w skład kadry prowadzącej przysposobienie wojskowe w organizacjach paramilitarnych w pow. brzozowskim. Kampanię wrześniową odbył w Brzozowskim Batalionie Obrony Narodowej. Spod Gródka Jagiellońskiego, w kolumnie niemieckich jeńców wojennych dotarł do Przemyśla. Tam udało Mu się zbiec i powrócił do Brzozowa. W 1940 r. pracując w PZU nawiązał łączność z ZV/Z. Zagrożony aresztowaniem przeniósł się w październiku do Kołaczyc gdzie pracował w Nadleśnictwie do 4 kwietnia 1942 r. W tym dniu bowiem został aresztowany przez Niemców, Po okresie śledczym w Jaśle a następnie w Tarnowie jako nr 95882 przebywał w Oświęcimiu-Brzezince. Po przeniesieniu dnia 14.03.1943 do Sahsenbausen był numerem 61991. Ewakuowany z obozem dnia 21.04.1945 r. w okolice Szwerin, w stanie skrajnego wyczerpania został uwolniony przez wojska amerykańskie w miejscowości Lubeka dnia 3.05.1945. Ze Szwecji dokąd skierowano Go na operację i intensywne leczenie, powrócił do kraju 5.12.1945 r, W szpitalu św. Łazarza w Krakowie kontynuował dalsze leczenie przez kilka miesięcy. Po okresie rekonwalescencji w Brzozowie do października 1947 r. rozpoczął pracę w Powiatowym Związku Gminnych Spółdzielni Samopomocy Chłopskiej w Brzozowie. Zmarł 30.09.1968 r.
Władysław Bolek, Józef Związek Przedłużone wakacje
Ostatnie dni upalnych wakacji roku 1939. Jestem jeszcze pod wrażeniem wakacyjnej wycieczki rowerowej, podczas której wspólnie z kolegą Adamem Łobodzińskim "objechaliśmy" Wiłeńszczyznę z prześlicznym Wilnem, Nowogródkiem. Poznaliśmy "Polesia czar", Pińsk, ziemię wołyńską, część Podola i Pokucia. Żal wakacji i to zgodnie z rachunkiem - ostatnich, bo w nadchodzącym roku szkolnym matura i praca w zawodzie nauczycielskim. Jednak ostatnie dni sierpnia nie były spokojne. Nadchodzące wiadomości radiowe, prasowe, wogóle atmosfera tamtych dni nie wróżyły nic dobrego. Napięte stosunki z hitlerowskimi Niemcami napawały niepokojem. Ludzie (starsi), którzy przeżyli I wojnę światową dyskutowali zawzięcie obawiając się najgorszego. Cóż jednak dla nas młodych, wychowanych już w wolnej, niepodległej Polsce, znających okropności wojny z opowiadań rodziców, filmów, literatury i historii, przekonanych o naszej sile militarnej, wierzących w ówczesne hasła znaczyły te niepokoje rodziców. Gromadziliśmy się w swoich rówieśniczych grupach, dyskutując o potędze naszej armii nie dopuszczaliśmy myśli o najgorszym. Przypominam sobie z tego okresu często śpiewaną przez nas piosenkę .... " a ty Hitlerze nie rób krzyku, nie oddamy ci Bałtyku" Bez wzgłędu na pochodzenie byliśmy z zapatrywania wiernymi dziećmi "Niepodległej Ojczyzny" - naszą cechą był gorący patriotyzm czerpany z naszej historii i literatury. Nie wtłaczano nam go pod przymusem. Rodził się i korzenił w naszych sercach i umysłach samodzielnie, często pogłębiany przez pracę w różnych organizacjach młodzieżowych. Nadszedł jednak dzień, w którym nasze przekonania, wierzenia doznały klęski. Dzień ten to 1 września 1939 roku. Stało się to co przewidywało starsze pokolenie - wojna, komunikaty radiowe o szybkim natarciu wojsk niemieckich i wycofywaniu naszej obrony z zachodu na wschód.
Rozwiane wierzenia
I tak od 1 września zostałem wciągnięty w wir tej wojny. Mianowany przez ówczesne władze miasta komendantem obrony przeciwlotniczej w Brzozowie, zorganizowałem posterunek obrony przeciwlotniczej mobilizując do niego kolegów. Pełniliśmy służbę w budynku obecnej poczty. Połączenie tełefoniczik znajdowało się w tym budynku, zaś na dachu umieszczona była syrena, przy pomocy której dawano znać o nadlatujących samolotach niemieckich. Błyskawiczne postępy wojsk niemieckich na frontach zachc<taim i południowym były przyczyną ewakuacji Starostwa Powiatowego i Komisariato Policji w Brzozowie już w pierwszych dniach września. Wobec zagrożenia rabunkami i dywersją, dla zabezpieczenia porządku, zostałem wraz z kilkoma kolegami, którzy ukończyli kurs PW powołany dc pełnienia służby wartowniczej i porządkowej na terenie miasta. Umundurowanie, broń i amunicję wydał nam oficer WP, ówczesny komendant PW. Uzupełnienie oddziału stanowili członkowie miejscowego "Strzelca". Służbę pełniliśmy przez całą dobę (na zmiany) nie dopuszczając do zagrożenia bezpieczeństwa publicznego.
Polski eksodus
Krótko pełniliśmy swe obowiązki. 7 września, gdy na południu nastąpiło przerwanie frontu, komendant PW zarządził zbiórkę oddziału i w nocy, w sile drużyny (około 20 osób uzbrojonych i umundurowanych) i taboru składającego się z kilku furmanek z bronią, amunicją i pozostałym wyposażeniem PW pomaszerowaliśmy do Sanoka, do koszar 2 p.s.p. Jednak nie zatrzymaliśmy się tu długo. Rano dotarła wiadomość, że Niemcy są już w Rymanowie. Rozkaz -opuścić Sanok. Po sformowaniu oddziału i przyłączeniu nas do resztek oddziału 2 p.s.p. w pośpiechu pomaszerowaliśmy na wschód. Przelatujące nad nami samoloty niemieckie towarzyszyły nam cały czas. Wieczorem, w okolicach Tyrawy Wołoskiej nadlatujące samoloty zaatakowały całą kolumnę wojskową poruszającą się po pięknych serpentynach. Doszło do wymiany ognia, padli zabici, było wielu rannych w wyniku czego nastąpiło rozproszenie naszego niewielkiego oddziału. Od tego momentu rozpoczęła się przygoda wojenna w otoczeniu przygodnych towarzyszy broni z różnych rozbitych jednostek. Nie miejsce na opisywanie trasy Sanok - Przemyśl - Sambor - Drohobycz -Kałusz - Stanisławów. Podczas marszu w pełnym umundurowaniu i uzbrojeniu, w palącym słońcu, po drogach zatłoczonych wojskiem i uciekającymi cywilami, poznałem grozę wojny. Bezkarnie krążące samoloty niemieckie powodowały spustoszenie. Rozkładające się w upalnej pogodzie ciała ludzkie, jęki rannych, trupy końskie, świadczyły o barbarzyństwie ludzi spod znaku swastyki. Płonąca rafineria "Polmin" w Drohobyczu dopełniła moje wyobrażenie o grozie wojny. Maszerując z różnymi żołnierzami z rozbitych oddziałów szliśmy w milczeniu, a kierowały nami jednakowe uczucia bezsilności i nienawiści do sprawców tych zniszczeń i ludzkich tragedii. Gdzieś pod Kałuszern.w tłumie ludzi spotkałem kilka furmanek, na których znajdowali się żołnierze z kompanii Obrony Narodowej z Dynowa, a wśród nich ppor. Wojciech Bielawski. Dzięki zbiegowi okoliczności (ppor. Bielawski znany był mi z Brzozowa) znalazłem się wśród znajomych. Doszliśmy do Kałusza, gdzie oddziały żandarmerii wojskowej zatrzymywały rozbite oddziały wojskowe, formując je i kierując do punktu zbornego w Stanisławowie, do koszar 6 pułku artylerii. W Kałuszu zabłysła dla nas jakaś nadzieja. Komunikaty ogłaszane przez megafony oznajmiały - "...wojska niemieckie zostały powstrzymane. Pod Gorlicami doszło do starcia, w którym Polacy odnieśli wspaniałe zwycięstwo". Spodziewano się, że był to chwyt propagandowy dla podtrzymania na duchu wyczerpanych i zdezorganizowanych żołnierzy. A że Załusz z dobrego browaru słynie, nie zabrakło piwa, którym bez ograniczeń raczono spragnionych i zmęczonych żołnierzy... Poprawiły się nastroje. W zorganizowanym szyku pomaszerowaliśmy do koszar w Stanisławowie. Tam uporządkowano oddziały, uzupełniono brakujące niektórym uzbrojenie, nakarmiono i dano parę godzin na wypoczynek. Mieliśmy tworzyć oddziały, które przeciwstawią się Niemcom. Wrócił zapał, odżyły nadzieje i chęć rewanżu za poniesione straty. Ale cóż, na następny dzień wszystko to prysło. Hiobowa wieść - Sowieci wkroczyli na tereny Polski i łada dzień będą w Stanisławowie. Widziałem płacz i łzy w oczach oficerów i szeregowców. Takiego obrotu sprawy nikt nie przewidywał. Dostaliśmy rozkaz opuszczenia koszar i kierowania się gdzie kto może. Większość przeszła na Nadworną z zamiarem przekroczenia granicy węgierskiej. Nie zdążyli, zostali zatrzymani przez Armię Czerwoną. W tym miejscu należy oddać cześć zorganizowanej młodzieży stanisławowskiej, która z troską i poświęceniem zaopiekowała się pozostałą resztą (a było około 500 ludzi). Znalazły się kwatery w budynkach szkolnych, bursach i prywatnych mieszkaniach. Moją grupę (było nas kilkunastu umundurowanych i uzbrojonych żołnierzy) umieszczono w Szkole Powszechnej im. Czackiego. Przez dzień trwał okres oczekiwania na bolszewików. W tym czasie dochodziło do różnych incydentów. To Ukraińcy atakowali opuszczone koszary z zamiarem zdobycia broni, to miejscowi komuniści (byli wśród nich Żydzi) atakowali i rozbrajali zabłąkanych pojedynczych żołnierzy polskich i na ratuszu zawiesili czerwoną flagę.Pierwsze "wyzwolenie"
Po całodziennym "bezkrólewiu" do miasta wkroczyli czerwonoarmiści. Nic pamiętam daty - może 17, a może 18.09. Wkroczyli szumnie, orkiestra, konnica, motoryzacja i piechota. Gdy zobaczyłem te masy, zrozumiałem że to już koniec - Polska przestała istnieć. Zapłakałem szczerze, zapłakałem za wolnością, za nadzieją zmiany. Ze wstrętem i oburzeniem obserwowałem witających te wojska ludzi z czerwonymi opaskami, rzucających kwiaty pod nogi piechurów. Byli jednak w Polsce ludzie, którzy sprzyjali i z radością witali Czerwoną Armię (chyba w późniejszym terminie zmienili swe przekonania) Zostałem w Stanisławowie i miałem możność obserwacji tych naszych "oswobodzicieli". To co widziałem przeszło moją wyobraźnię (pomimo, że nasza przedwojenna prasa, radio, literatura dokładnie informowała o "raju bolszewickim"). Wojsko brudne, obdarte, zdarzało się zobaczyć żołnierza z karabinem na sznurku, rozklekotane czołgi i pojazdy mechaniczne. Wśród tej masy wyróżniali się oficerowie GPU w porządnych mundurach z zielonymi otokami na czapkach. Trudno nie wspomnieć o zachowaniu się niektórych wojskowych. Zaszokowani bogactwem naszych sklepów (chociaż przezorni właściciele pochowali większość towarów) zaopatrywali się we wszystko, co w nich się znajdowało. Na własne oczy widziałem żołnierzy karmiących się pastą do zębów. Nie ustępowały im "dziewuszki" paradujące po ulicach Stanisławowa w nocnych koszulach zdobytych w polskich sklepach. Zaraz po objęciu władzy komenda sowiecka wydała "ukaz", by do 24 godzin wszyscy wojskowi i cywile posiadający broń złożyli ją w komendzie miasta. Po naradzie z kolegami posiadającymi broń (było nas pięciu) oraz młodzieżą ze Stanisławowa postanowiliśmy ukryć broń. Nadzwyczaj aktywnym był syn dozorcy szkoły, w której kwaterowaliśmy (pamiętam nazwisko - Kazimierz Szczucki). Zaproponował aby ukryć broń w piwnicy szkolnej. Odpowiednio zakonserwowaną broń (5 karabinów i amunicję) po przerzuceniu węgla zakopaliśmy w piwnicy. Prawdopodobnie kryjówkę tę odkryto, a rodzina Szczuckich przypłaciła to wywózką na Sybir. Dzięki opiece i pomocy miejscowej młodzieży przebywaliśmy w Stanisławowie prawie dwa miesiące. Przez cały czas naszym zamiarem było przekroczenie granicy węgierskiej. Niestety, z dnia na dzień granica się uszczelniała i jej przekroczenie stało się nierealne. Dalszy pobyt w Stanisławowie stawał się niemożliwy.
Powrót Zarządzeniem władz sowieckich wszyscy zamiejscowi musieli się zameldować i uzyskać zezwolenie na pobyt. Zaczęły się aresztowania i wywózki. Co robić? Chyba wracać w swoje strony. W trójkę ruszyliśmy na zachód. Trochę piechotą, trochę pociągiem dostaliśmy się do Sambora. Tutaj spotkała nas dziwna przygoda. Maszerując ulicą (byliśmy w mundurach i cywilnych czapkach), natknęliśmy się na idących z przeciwnej strony trzech oficerów GPU. Nie było możliwości uniknięcia przykrego spotkania. Zatrzymano nas. Każdy z oficerów zabrał po jednym z nas do pobliskiej bramy i tutaj rozpoczęła się rozmowa. Niby niewinna - skąd? dokąd? po co? itp. po czym z mapnika wyjął mapę i wskazał na niej Brzozów. "...Jeśli tam wrócisz, rozmawiaj z ludźmi, że wkrótce tam będziemy bo dojdzie do wojny z Niemcami i wy (Polacy) macie nam pomagać w zniszczeniu faszyzmu". Podał adres w Sanoku, pod którym uzyskam bliższe informacje i instrukcje. Na zakończenie wręczył 150 rubli na żywność ( była to duża suma). Po prawie godzinnej rozmowie wyszedłem z bramy i prawie równocześnie ze mną wyszli obaj koledzy, a pokazując po 150 rubli przekonali mnie, że i z nimi przeprowadzono podobną rozmowę. Trudno mi wyjaśnić do czego ona zmierzała, bo po bliższe informacje i wskazówki nie zgłosiłem się. Będąc jednak w Sanoku sprawdziłem, że pod wskazanym adresem mieszkał Żyd o podanym nazwisku (dziś już nie pamiętam adresu ani tego nazwiska). Chyba była to próba zdobycia propagandzisty. Napewno była to szeroko stosowana taktyka GPU. Po tym zdarzeniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Dotarliśmy do Leska, gdzie miałem znajomych, jednak już nikt nie odważył się przeprowadzić na drugą stronę Sanu - granica była pilnie strzeżona przez sowiecką straż graniczną. Zdesperowani, gotowi na wszystko udaliśmy się w okolice Sanoka do wsi Liszna, gdzie w samo południe (podczas zmiany warty), wpław w lodowatej wodzie (grudzień), przepłynęliśmy San i znaleźliśmy się po stronie niemieckiej. Pożegnaliśmy się i każdy ruszył w swoją stronę - ja do rodzinnego Brzozowa. Podobnie Józef Związek - uczeń III klasy Lic. Ped. w Brzozowie swą tułaczkę wrześniową rozpoczął z tym samym brzozowskim oddziałem samoobrony, a po bombardowaniu i rozsypce koło Tyrawy Wołoskiej odbywał ją już inną drogą, w gronie przygodnych "uciekinierów". Oto jego przeżycia z tej nieplanowanej podróży. W pewnym momencie na jednym ze wzgórz ukazujących wspaniałą panoramę tej malowniczej okolicy usłyszałem narastający warkot samolotu. Zza koron drzew wynurzył się dwusilnikowy bombowiec z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Leciał tak nisko, że widzieliśmy jego załogę. Rozpoczęła się gwałtowna palba z broni ręcznej. Strzelali wszyscy. Odezwały się ręczne karabiny maszynowe. Samolot odpowiedział ogniem z broni pokładowej. Jednocześnie z jego kadłuba pojawiła się smuga dymu. Widziałem jak trzech saperów błyskawicznie nałożyło bagnety na swe karabiny i ruszyło w stronę gdzie poszybował samolot. W miarę zbliżania się do Birczy narastała ciżba pojazdów konnych tak, że na drodze nie było miejsca dla pieszych. Skrzypiące wozy posuwały się coraz wolniej. Wreszcie stanęły zablokowane gdzieś w przodzie. Jak się później okazało całe to gigantyczne zablokowanie drogi spowodowała inna grapa wojsk, która znanymi sobie drogami spłynęła od północy i korzystając z prawa pierwszeństwa weszła na nasz szlak. W tej sytuacji zostawiliśmy ten nasz nieruchomy konwój i poszliśmy na południowy wschód.
Samotna tułaczka
Noc bardzo ciemna rozjaśniana na horyzoncie łunami pożarów zaskoczyła nas w lesie. Tu zdążył się incydent, którego się nie spodziewałem. Przystąpił do mnie oficer i dał mi pod opiekę konia, pięknego wierzchowca bez siodła Początkowo, gdy droga była możliwa nie miałem z nim kłopotu. Szedł posłusznie. Jednak nasi przewodnicy zaryzykowali marsz na przełaj. Zacząłem ze swym koniem zostawać z tyłu, gdy las stawał się coraz trudniejszy do przebycia. Wyrosłe przede mną przeszkody zmuszały mnie do szukania w ciemnościach innych przejść. Kilka razy w tych zmaganiach z gęstwiną leśną mój koń stanął mi na nogę. Wreszcie zostałem sam z koniem w ciemnościach i ciszy leśnej. Ogarnęło mnie uczucie lęku, żalu i wstydu. Zwymyślałem siebie od durniów i niedołęgów. Trwało to krótko. Podjąłem decyzję zmiany kierunku marszu. Ze swym koniem poszedłem na północ. Nad ranem znalazłem się na polanie zmęczony, ledwie żywy, ale zadowolony, że udało mi się wyjść z tej leśnej matni. Konia puściłem na łąkę. Ugasiłem pragnienie w strumyku, wymoczyłem nogi i uspokojony zasnąłem. Gdy otworzyłem oczy był piękny, słoneczny poranek. Konia nie było. Pewnie poszedł szukać swojego pana. Omijając wyrastające przede mną domy, a wśród nich kurne chaty - bez kominów - takie jakie widziałem jadąc na obóz PW nad Dniestrem, dotarłem do drogi biegnącej do Lwowa. Tu poczułem się lepiej, pewniej. Mijały mnie samochody wojskowe. Wreszcie jeden zatrzymał się i wziął mnie ze sobą. Nad nami ledwie widoczne w słońcu krążyły samoloty. Za Gródkiem Jagiellońskim minęliśmy okopy, a w nich Obronę Narodową Do Lwowa wjechaliśmy ulicą Gródecką, zbombardowaną i dymiącą zgliszczami. Dzięki uprzejmości żołnierzy z którymi jechałem, znalazłem się w budynku Strzelca, którego wygląd skojarzył mi się z architekturą naszego brzozowskiego Sokoła. Bardzo blisko ulokowana artyleria przeciwlotnicza ostrzeliwała samoloty. Po obiedzie i krótkim wypoczynku przeniesiono nas do Bobrki pod Lwowem. Tam wypocząłem i odzyskałem siły. Któregoś dnia zarządzono koncentrację oddziałów i włączono do nich naszą grupę. Na drodze spotkałem brzozowiaka oficera Wierzbickiego, który dowodząc oddziałem żandarmerii wojskowej zbierał żołnierzy z rozbitych oddziałów do specjalnych ośrodków, gdzie formowano kompanie i pod wyznaczonym dowództwem kierowano na wschód. W jednej z tak uformowanych kompanii znalazłem się z kolegami z Bobrki. Naszym dowódcą był por. Wiśniewski - wspaniały człowiek i dzielny żołnierz. Maszerowaliśmy całą noc z niewielkimi przerwami na wypoczynek.
Zdradziecka napaść
W drugim dniu marszu na dany rozkaz kompanie stanęły. Dowódcy oznajmili, że wojska sowieckie przekroczyły granice Polski i nasze oddziały zostają rozwiązane. Opis reakcji niektórych żołnierzy i oficerów na zaskakującą nas wiadomość wymaga oddzielnego opracowania, dlatego tu o tym nie piszę. Po krótkim odpoczynku zorganizowano kilka kompanii z tych żołnierzy, którzy nie rozstali się z bronią. W obawie przed.; napadem nacjonalistów ukraińskich ruszyliśmy w zwartych szeregach. Przyłączyłem się do tej grupy, która w sile około 200 ludzi zdecydowała się iść na zachód z myślą powrotu do domu. Maszerowaliśmy prawie nie odpoczywając wiedząc, że czas działa przeciwko nam. W miarę posuwania się na zachód grupa nasza topniała. Żołnierze schodzili na boczne drogi udając się do domów. Do Chodorówki doszło nas pięciu. Tu nad ranem weszliśmy do budynku Sądu Powiatowego. Budynek był piętrowy, solidnie zbudowany i otoczony żelaznym parkanem. Załoga którą poznałem, to kilkunastu granatowych policjantów i żołnierzy. Wśród nich jeden z Legii Akademickiej z Krakowa, z którym zawarłem przyjaźń. Dowódcą załogi był kapitan WP, człowiek rozumny i twardy. Policjanci -ludzie w średnim wieku, zmizerowani, z twarzami niegołonymi w mundurach zmiętych i zakurzonych wyglądali jak cienie z dramatu. Koledze legioniście i mnie wyznaczono jedno okno na piętrze jako punkt ewentualnej obrony. Widziałem jak z nadejściem dnia wokół budynku sądu zaczęli gromadzić się Ukraińcy, jak wpatrywali się natarczywie w okna, gestykulowali i grozili pięściami. Grupy te zwiększały się z godziny na godzinę. Padały wrogie okrzyki, domagano się złożenia broni. Robiło się gorąco, bardzo gorąco. Napastnicy stali tuż przy bramie , potrząsali nią, ale czuli respekt, bo widzieli w oknach broń ręczną i dwa karabiny maszynowe. W godzinach przedwieczornych zauważyłem, że nagłe zaczyna się dziać coś nadzwyczajnego. Mężczyźni oblegający nas zaczęli szybko uciekać. W chwilę potem usłyszeliśmy odgłos silników samochodowych i na drodze przed Sądem wśród tumanów kurzu zatrzymały się trzy samochody ciężarowe z groźnie sterczącymi 2-łufowymi działkami. Z samochodów zaczęli wyskakiwać żołnierze w stalowych mundurach. Była to Podchorążówka Lotnicza z Dęblina.
Wbiegli do budynku. Odpoczywali oczekując na resztę swych kolegów, którzy po upływie godziny przyjechali dwoma drabiniastymi zaprzęgami konnymi wyścielonymi słomą. Rozmawialiśmy z nimi. Wiedzieli o ruchach wojsk sowieckich, spieszyli się. Odjechali nocą. Czy zdążyli przekroczyć granicę ? Tej nocy dzięki zamieszaniu wywołanemu przez Podchorążówkę ewakuowała się niezauważenie załoga Sądu. Ukraińcy nie zdobyli upragnionej broni. Jeden z policjantów wskazał nam rodzinę polską u której ja i pan Rajca (członek Legii Akademickiej) otrzymaliśmy nocleg w stodole, posiłek i ubranie cywilne. O świcie dnia następnego obserwowaliśmy posuwające się drogą sowieckie kolumny konnicy i zmotoryzowanej piechoty. Korzystając z zamieszania wywołanego tym wydarzeniem ruszyliśmy w dalszą drogę.
Pod okupacją niemiecką
Kilka kilometrów przed Stryjem zatrzymał nas patrol niemiecki. Po słowach -"Haben sie bum - bum " jeden z żołnierzy kazał nam usiąść pod murem i w tej pozycji pozostaliśmy do zmierzchu. Otoczeni przez zgraję wyrostków ukraińskich musieliśmy cierpliwie znosić szykany, którym nie było końca. Nasz Poznaniak okazał się doskonałym germanistą. Z rozmowy z żołnierzami dowiedzieliśmy się, że są austriakami spod Wiednia. Noc spędziliśmy na betonowej posadce w piwnicy, a rano zostaliśmy zwolnieni. Czekając na otwarcie sklepu z pieczywem usłyszeliśmy krzyki i przekleństwa. W tym akompaniamencie wkroczył na rynek oddział Żydów z miotłami i szczotkami do zamiatania na ramionach. Prowadzili ich hitlerowcy w zielonych mundurach i ze swastykami na rękawach. Padła komenda i Żydzi stanęli. Na ich starczych, brodatych, patriarchałnych twarzach nie mogłem dopatrzyć się lęku. Patrzyli na oprawców. Nie jęczeli, nie prosili o litość nawet wówczas, gdy posypały się razy i kopniaki. Nie próbowali nawet podnieść z ziemi spadających z głów kapeluszy. Przechodzący ludzie odwracali głowy i przyśpieszali kroku. Zaopatrzeni w chleb ruszyliśmy w stronę stacji kolejowej, gdzie miał być uruchomiony pociąg na zachód. Tym pociągiem w potwornym ścisku dojechaliśmy do Sambora. Była niedziela. Drogi wiejskie pełne młodzieży ukraińskiej stały się trudne do przejścia. Był to jeden z najcięższych dla nas odcinków powrotu do domów. Dziewczęta odświętnie ubrane w białych wyszywanych bluzkach o motywach tamtego regionu ugaszczały owocami, chlebem i mlekiem przechodzących i przejeżdżających żołnierzy niemieckich. Rzucały kwiaty na samochody i czołgi. Żywioł ukraiński tryumfował. Byliśmy wielokrotnie zatrzymywani przez wyrostków i mężczyzn w różnym wieku. Patrzono na nas z pogardą i nienawiścią. Padały słowa uderzające mocniej niż kamienie. Tak zmaltretowani dotarliśmy do Chyrowa, skąd z uczuciem ulgi wsiedliśmy na stacji do pociągu który zmierzał na zachód. W wagonie, w niesamowitej ciżbie łódzkiej mignęła mi głowa p. Marciniaka z Brzozowa. Jak my wracał z "uciekinierki". W Przemyślu pożegnałem towarzyszy ostatniego etapu tułaczki, pana Rajcę i Poznaniaka. Wysiadłem z pociągu. Tam ostatni raz byłem legitymowany. Pokazałem hitlerowcowi szkolną legitymację, którą ukrywałem dotąd i strzegłem jak najdroższy skarb. Podaję zapamiętane nazwiska osób zmobilizowanych w pierwszym dniu wojny. Podobnie jak wielu, wielu innych poznali gorycz wędrówki w czasie przedłużonych wakacji: Bolek Władysław, Bieda Mieczysław, Czechowski Tadeusz, Federkiewicz Wojciech, Loesch Stanisław, Młynarski Józef, Pilawski Leszek, Łobodziński Adam, Skocki Tadeusz, Stachowicz Józef, Wolański Zdzisław, Związek Józef. Spoza uczniów Miksiewicz Kazimierz.
Również boleśnie wspomina te wrześniowe dni Wojciech Federkiewicz, który Po rozproszeniu pod Tarnawą Wołoską swój los związałem z wojskową jednostką wycofującą się w kierunku wschodnim. Wraz z nią brałem udział w obronie Lwowa przed Niemcami. W międzyczasie skontaktowałem się z wujkiem - Kazimierzem Jajko z Borkówki, który jako inspektor motoryzacji wchodził w skład Wojewódzkiej Komendy Policji Państwowej we Lwowie. Uzgodniliśmy miejsce spotkania po skończonym oblężeniu Lwowa. Wkrótce Niemcy ustąpili, a 22 września do nie bronionego miasta wtargnęła armia sowiecka. W miejscu uzgodnionym na spotkanie z wujkiem dowiedziałem się, że wujek wraz z czterema oficerami policji stanowiącymi Lwowską Komendę, wyjechali na pertraktacje z nowym okupantem i zostali przez czerwonoarmistów zasztyletowani. Na rogatce al. Zielonej znalazłem jeszcze ciała straszliwie zmasakrowanych oficerów policji, w tym mojego wujka. Od naocznych świadków dowiedziałem się, że nie wchodząc w żadne rozmowy z "emisariuszami", bez najmniejszego uzasadnienia żołnierze ze zbliżającej się czołówki wojsk sowieckich dając wyraz swemu rozbestwieniu, wieloma ukłuciami bagnetów nałożonych na karabiny zamordowali swych "ideologicznych przeciwników". Przy pomocy mieszkańców, ciała pomordowanych pochowane zostały w pobliskim ogródku we wspólnej mogile przy rogatce ul. Zielonej. Wojciech Federkiewicz
Turysta mimo woli Ryszard Głuszy Antoni Kościelny - żołnierz września - tułacz. Po kilku tygodniach wojenne poniewierki w 1939 roku opuścił kraj i o żebraczym chlebie przedostał się i Rumunii przez Jugosławię do Grecji. Pod pokładem stateczku przemycił się dc Marsylii, skąd skierowany został jako łącznościowiec do Szkoły Podchorążych Piechoty w Coetquidan. Jako jedyny Brzozowianin, wiosną 1940 roku w Podhalańskiej Brygadzie Karpackiej walczył z Niemcami o niepodległość Polski m rejonach fiordów norweskich, a następnie z połową Brygady wrócił do zaatakowanej przez Hitlera Francji. Po haniebnej kapitulacji Francji uniknąwsz; losu jeńca przyjął pracę dokera w niemieckim Szczecinie. Ułatwiło mu te ucieczkę. Pod Częstochową przekroczył granicę Generalnego Gubernatorstwa Do domu rodzinnego wrócił jesienią 1941 roku. Ze zwierzeń do przyjaciek powstał ten wiersz: Narwik ... a z Brzozowa do Narwiku i z Narwiku do Brzozowa wiedzie droga przez granice gdzie się w zimie słonce chowa. Wichry, sztorm wśród skał wokoło takie jest podbiegunowe koło dla żołnierza niełaskawe. Rzecz nie nowa zwłaszcza gdy ten żołnierz jest z Brzozowa. Pieszo, gapą, autostopem szedł ów tułacz przez Bałkany. Stamtąd statkiem do Marsylii Stanął żołnierz w Coetquidan'ie. Bronić przyszło Francji w boju. Stąd do Szkocji jeden krok
Co z nim zrobić ? Niech w Brygadzie Podhalańskiej szkopom w porcie portki skroi Znów do Francji pod Calais Stąd do Paryża jeden skok by uzyskać w Police de Surete dowód tożsamości, carte d'idcntite. Z tym dowodem przeszedł tułacz trzy granice. Stop! Toż już Szczecin na przysiece. Jako doker z dzbankiem w reku w miesięczny nów prześlizł się leśną drogą do Gen. Gouv, Wrócił do Brzozowa żołnierz tułacz po latach dwóch Brzozów,pażdziernik 1941
Dziś to tylko sen ...
Latem, nad Wiarem - dopływem Dniestru podchorążówka 5-go pułku Strzelców Podhalańskich odbywała ćwiczenia poligonowe. Wartownik u wejścia do obozu melduje obecność niejakiego Schachtera pytającego o mnie. "To ja, Schachter czy pan zdrów i czy panu potrzebne są jakieś pieniądze?" "Panie Schachter, co panu przyszło do głowy?" "... odwiedzę pana w najbliższy piątek na przepustce - porozmawiamy." Na drugi dzień Schachter stał niecierpliwie wyczekując nad rowem przy drodze na powracające z ćwiczeń wojsko. Dawał do zrozumienia że ma ważne wiadomości. Maszerowaliśmy szosą ze śpiewem "Podhalańska idzie wiara z piosenką na ustach w świat...." Mój drogi Panie Schachter! Spóźniliśmy się obydwaj. Po powrocie z ćwiczeń do koszar zastaliśmy sytuację alarmową. Natychmiast zwijać namioty, ładować na lory, wracać do koszar i czekać w pogotowiu na dalsze rozkazy! W piątek, 1-go września 1939 roku ładowaliśmy się na stacji PKP w Przemyślu-Bakończycacb gotowi do wyjazdu na front. Tego dnia wybuchła wojna.
Natychmiast po powrocie z kampanii wrześniowej do Lwowa, zainteresował się mną pewien "patriota" dopytując systematycznie domowników przy ul. Wyspiańskiego 32 czy t« mieszka ob. Głuszko. Najprawdopodobniej był ustawionym przez NKWD agentem w ewidencji ludności jako odpowiedzialny za powierzony mu rejon. Gdybym nie został dyscyplinarnie zwolniony z dniem 31 grudnia 1939 r. przez komisarza Biziajewa za nieobecność w pracy w dniach Świąt Bożego Narodzenia (taka mi przyszła idiotyczna fantazja do głowy, grożąca kto wie jakimi konsekwencjami) a w ślad za tym natychmiast nie opuścił Lwowa, p jechałbym już w lutym na białe niedźwiedzie. Coraz częściej bowiem pod dci polskiej inteligencji i byłych urzędników państwowych podjeżdżały o. podwody dowożące specperewiedleńców na dworzec kolejowy. Byl świadkiem ładowania na taką podwodę, w tęgi mróz żony z córeczką kapr rezerwy WP Friedmana. Również w tęgi mróz wywieziono przedsiębio naftowego Leona Szutzmana z dwoma córeczkami. Szpicel dowiedział się w czasie najbliższej kontroli że: "win wże uszoł cz Rawu Rusku do germanca." Często śni mi się Jakub Schachter z Dobromila. Idzie obok kierowanego przez hitlerowców do gazu. Milczy. Śnią mi się inni zna' aresztowani przez NKWD. Idą kolumną na wschód. Milczą
Czy będzie wojna? Rok 1938 rozbrzmiewał takimi pytaniami. Padały one nie tylko w kręgach dyplomatycznych. Grupa młodych żołnierzy stacjonująca latem pod Warszawą po odpowiedź wybrała się do miejscowej wróżki. "...Niedługo zostawisz Polskę, przejdziesz góry, rzeki i morza. Przyjdą dla ciebie straszne czasy, będziesz biedny i głodny, później bogaty, ale do Polski przyjedziesz dopiero na stare łata..." Żołnierze wesoło wracali do koszar nie przypuszczając, że wróżba jednego z nich - Franciszka Żyłki, już niedługo kaprala Armii "Modlin" zaczęła nabierać magicznej mocy. Rok później we wrześniu po pierwszych dniach ofenzywnych działali na terenie b.Prus Wschodnich oddział w którym walczył został rozbity, a wraz z nim marzenia o zwycięskiej obronie Ojczyzny. Z grupą ocalałych kolegów, przez miejscowość Dolina, 22 września przedostaje się na Węgry. W Komarom, później Eszter-gom - tabor, obozach pełnych uchodźców przebywa siedem miesięcy. Poznaje ludzi, którzy planują przekroczenie węgierskiej granicy. Nocą 20 kwietnia wypływają wspólnie małą, wypełnioną ponad stan łódką by tak pokonując Drawę dostać się do Jugosławii. Szczęśliwie dobiwszy brzegu uciekinierzy dostali cywilne dokumenty i od tej chwili mogli uchodzić za emigrantów zarobkowych. Franciszek Żyłka, kowal ze Starej Wsi, w wojsku kwalifikowany ślusarz, mechanik i kierowca, tu w Jugosławii otrzymał (o ironio) dokumenty emigranta poszukującego pracy w zawodzie fryzjerskim. Nie był to jednak kres wędrówki. Dalsza wiodła przez Włochy do Francji, gdzie były już setki Polaków zdecydowanych na dalszą walkę z hitlerowskim najeźdźcą. Bez książeczki wojskowej (w drodze musiała ulec likwidacji) rozpoczął "karierę" wojskową od szeregowego żołnierza. Przypadek postawił na jego drodze kapitana Leona Jankowskiego z Centrum Wyszkolenia Broni Pancernej z Modlina. Kapitan poznał swojego wychowanka z 10 Pułku Kawalerii Zmotoryzowanej poświadczając oficjalnie tożsamość władzom wojskowym. Przywrócono polskiemu kapralowi stopień wojskowy, utracone prawa i żołd. Takich spotkań podczas wojny i długo po niej było wiele. W 1940 roku umundurowani, wyposażeni w sprzęt wojskowy i broń wyruszyli pod granicę belgijską naprzeciw armii niemieckiej. I to spotkanie okazało się wielką porażką. Oddział został rozbity, sprzęt zniszczony. Znów ucieczka. Tym razem marsz w grupie Francuzów. Dzień i noc na południe, ku granicy szwajcarskiej. Nie zdążyli. Pochwyceni przez Niemców w Dijon dostali się do niewoli jenieckiej. I znów marsz, lecz powrotny, w kierunku Paryża, w okolicy którego okupanci zebrali francuskich żołnierzy, grupując tam ok. 45 tys. jeńców. Obóz założony naprędce na ogrodzonych drutami połach z pszenicą, marchwią i pomidorami niedługo zmienił się w klepisko z resztkami słomy. Stopniowo jeńców zaczęto wywozić do Niemiec. Franciszek Żyłka mając blisko czterdziestu współpasażerów w wagonie przystosowanym do przewozu bydła, po trzech dniach i dwu nocach podróży dotarł do obozu jenieckiego blisko granicy holenderskiej. Ogromne namioty, po stu ludzi do golenia, mycia, dezynfekcji ubrań, później baraki, piętrowe prycze, praca i nie kończące się miesiące niepokoju. Czy to ostatni adres życiowej tułaczki? Wiosną 1945 roku Niemcy rozpoczęli likwidację stalagu. Pozostali jeszcze chorzy i jeńcy zatrudnieni w warsztatach (w ślusarni pracował Franciszek Żyłka), gdy 2 kwietnia wjechały kanadyjskie czołgi. Libertó ! Paryż wzywał do demobilizacji żołnierzy biorących udział w "wojnie francuskiej". Stanął do niej również Franciszek Żyłka. Demobilizacja oznaczała zamknięcie wojennego rozdziału życia. Cztery lata i dziesięć miesięcy niewoli znaczonej nieopisanym trudem zdawały się oddalać w przeszłość. Komisje wojskowe, lekarskie, nieoczekiwane spotkania znajomych w końcu cywilne ubranie, niewielkie pieniądze demobilizacyjne i miast broni zegarek i fajka dawały nadzieję końca koszmaru. Wielu żołnierzy zostało na leczeniu we Francji, część zdecydowała się tam osiedlić na stałe. Franciszek Żyłka wyjeżdża na krótko do Belgii, zaproszony przez kolegów z niewoli, po czym znów zaciąga się do polskiego wojska. Przypadek czy przeznaczenie każe mu pewnego dnia spotkać żołnierzy w alianckich mundurach i usłyszeć: Polak ? Co ty tu robisz, potrzebujemy kierowcy. Bierz mundur i wsiadaj do jeepa ! Teu przypadek sprawia, że były jeniec hitlerowski, znowu żołnierz w polskim mundurze pełni służbę w północnych Niemczech okupowanych przez aliantów. Tam bowiem skierowano ich oddział. Dumę i radość z ostatecznego zwycięstwa gaszą niepokojące wieści od tych, którzy zdecydowali się na powrót. Spadająca temperatura stosunków politycznych między Zachodem a Wschodem, doniesienia radiowe i prasowe, przytaczające obelżywe sformułowania "lubelskich" gazet pod adresem Rządu Londyńskiego i jego "sługusów" (polskich żołnierzy na Zachodzie) pozwalają wierzyć podawanym z ust do usi wiadomościom o prześladowaniach, aresztowaniach a nawet deportacjach do ZSRR tych najniecierpltwszych, którym tęskno było do domu i odbudowy tego, co wojna zniszczyła. Niekończące się dyskusje, nocne rozmowy ... I znów, jak tam, pod Doliną ... 22 września ... decyzję o opuszczeniu Ojczyzny trzeba był" podjąć samemu ... bez rozkazu, teraz tu ... z tą samą goryczą i bólem, każdy osobiście - między nimi, tak potrzebny w kraju - Franek Żyłka rezygnuje / powrotu do Polski. Ostatecznie z mundurem rozstaje się w 1947 roku. Po rozwiązaniu polskie | formacji otrzymuje propozycję wyjazdu do Anglii. We wrześniu 1947 roku, w dniu swoich urodzin przybywa na wyspę Guernsey (na Kanale La Manclu > Mając w kieszeni blaszkę z napisem STALAG-BATHORN 6C nr 60839 owi odznakę PRISONNIERS CIVILS DEPORTES ET OTAGES DE LA GRANI M GVERRE, rozpoczyna życie na obcej ziemi, w którą przez następne lata wloży dużo pracy, nim stanie się ona Jego drugą Ojczyzną. Od przybycia na wyspę minęło już wiele łat. Wiele też zdarzyło się przez te łata. Niezmienna pozostała pamięć o Starej Wsi i zostawionej w Polsce młodości. Obok angielskiej nazwy posesji Franciszka Żyłki widnieje druga tabliczka - w języku polskim - Stara Wieś, W ogrodowej sadzawce pływa mały stateczek z polską banderą, a w kilku miejscach obszernego trawnika wiatraki takie, jakie zapamiętał z chłopięcych lat. Tylko pomalowane na biało-czerwono, by przypominały, że na Guernsey też Polska. Jakby na dopełnienie starej wróżby, Polskę odwiedza po trzydziestu trzech latach nieobecności.
Opózniony powrót
Porucznikowi rezerwy Adamowi Kostce (1908 - 1965) - absolwentowi brzozowskiego gimnazjum i przemyskiej podchorążówki, zmobilizowanemu pod koniec sierpnia 1939 roku nie dane było długo bronić Lwowa. Z chwilą wkroczenia w granice Polski wojsk sowieckich dnia 17 września 1939 roku zorganizowana z wycofujących się i rozbitych jednostek polskich zapora przeciw niemieckiej nawałnicy straciła sens. Jedynie wiara w sojuszników i przekonanie, że: póki wojna trwa, a my tyjemy - to Polska nie zginęła pozwoliło otrząsnąć się z poczucia totalnej klęski. Pogłębiały je przeżycia związane z przekraczaniem granicy i składaniem przez cały oddział broni władzom węgierskim. Z dnia na dzień u internowanych żołnierzy wzrastała chęć do dalszej walki o wolność. Już wiosną 1940 roku dochodziły wieści o odradzaniu się polskiego wojska na Bliskim Wschodzie. Jednocześnie dyplomacja niemiecka ponawiała żądania o uszczelnienie węgierskich granic dla polskich uchodźców. Trzeba więc było fortelami zmylić czujność władz, dać alibi wielu urzędnikom i funkcjonariuszom, by nikogo nie narażać. Tak więc kilkuosobowymi grupami skrycie opuszczali obóz internowania Gyor i gościnną ziemię węgierską przechodząc kanałami przygotowanymi przez polską ambasadę. Mej te przymusowa podróż "szukających pracy emigrantów" prowadziła przez Jugosławię, Grecję, Turcję do Syrii. 1 znów jak we wrześniu przywdział mundur - ale francuski. Rozpoczęły się przygotowania bojowe z tą tylko różnicą, że bliżej sojuszniczych wojsk francuskich. Otrzymali broń jak w Polsce Obrona Narodowa - przestarzałą. Dobra i taka, ale tu nastąpił nowy dramat. Potężnie ufortyfikowana Francja skapitulowała. Dnia 26 czerwca 1940 roku Petain wezwał francuskie wojska kolonialne do lojalności wobec Niemiec oraz do rozbrajania i internowania polskich oddziałów. Doszło do ostrego starcia na szczeblu dowódców. Będąca w końcowej fazie organizacji Brygada Strzelców Podkarpackich zdecydowała, że broni nie odda. Dowództwo wojsk francuskich nie zaryzykowało starcia zbrojnego ze zdecydowanymi na wszystko Polakami, Jak na ironię nadeszły pierwsze transporty broni, w tym działka kali 25 mm. Nie wiadomo kto rzucił hasło:"8rać wszystko! nic Francuzom!" Nit; którzy Francuzi patrzyli na Polaków "wilkiem", większość jednak z zawstydzeniem i szacunkiem. Ze zmiany miejsca pobytu skorzystali polscy dezerter/;jl z francuskiej Legii Cudzoziemskiej kryjąc się w załadowanych sprzętem wagonach. W Hans, gdzie obozowali pozostały jedynie puste baraki. Najbardziej dramatyczne chwile przeżyli maszerując na stację kolejową oboli koszar Legii Cudzoziemskiej. Na ich widok wartownik wszczął alarm, Piw ciwko maszerującym polskim oddziałom ustawił się w dwuszeregu odd/l«| Francuzów. Zdecydowani na walkę Polacy usłyszeli komendę dowodzącego oficera: "Baczność! Na prawo patrz!" W odpowiedzi maszerująca kohumiu przyjęła krok defiladowy. W uroczystym milczeniu rozstali się zawodowi żołnierze zaciężni Francji z polskimi ochotnikami idącymi walczyć o wolność swego kraju. W Palestynie, w okolicach Jerozolimy zastali wzorowo przygotowany obóz, lepsze wyżywienie, nowe mundury (skrojone na miarę szorty i koszule, buty i korkowe hełmy) oraz nowoczesny sprzęt bojowy, w tym lekkie czołgi. Co za różnica w porównaniu z niechlujnym, prymitywnym umundurowaniem francuskim! W październiku, już jako samodzielna Brygada Karpacka otrzymali zadanie obrony Aleksandrii przed ewentualną inwazją niemiecką. Dotkliwszym od nalotów był piasek, który wnikał wszędzie ~ w usta, uszy, nos, w ubranie. W nocy piasek zasypywał rowy strzeleckie wybudowane w ciągu dnia dla ufortyfikowania portu.
Rok 1941. 2 kwietnia dużą radość wywołały słowa rozkazu wydanego przez dowódcę Brygady: ..."Niech w tym drugim roku swego istnienia Brygada utoruje sobie drogę poprzez zastępy wroga ku granicy karpackiej - ku Wolnej Polsce"... Potwierdzały się bowiem pogłoski o przemieszczeniu jej do Grecji. Już 10 kwietnia sytuacja diametralnie zmieniła się. Anglicy opuszczali Libię, a Niemcy wyręczając nieporadnych w inwazji na Bałkany Włochów wkroczyli do Grecji, a następnie do Jugosławii. W trybie alarmowym Batalion odkopywał zasypaną lotnym piaskiem, przygotowaną kilka miesięcy wcześniej linię obronną wokół Aleksandrii. Nękające dniem i nocą naloty niemieckich samolotów zmusiły polską załogę do przeniesienia swych kwater z willi do betonowych bunkrów i obronnych schronów. Przygnębiająca atmosfera spowodowana lądowaniem Niemców na Krecie ustąpiła na wieść o niespodziewanej wojnie niemiecko-sowieckiej. Mawiano: "Nec Hercules contra plures" co tłumaczono: "I Hitler dupa, bo w Sowietach ludzi kupa". W sierpniu Batalion został przerzucony od strony morza do Tobruku. Od kwietnia bronili go przed wściekłymi atakami Włochów i Niemców wyczerpani już walką Australijczycy. O głodzie, w smrodzie, w dziennym upale i nocnym zimnie, przy dużym niedostatku wody pilnej do czasu grudniowej odsieczy godnie wspierali Australijczyków na 50 kilometrowym odcinku tobruckiej twierdzy.
Rok 1942. Kiedy wskutek ofensywnych działań Anglików Rommel został odrzucony od oblężenia, a zdołał się umocnić na pozycjach koło Zatoki Ain el Gazal mimo ogromnego wyczerpania Brygada po wyjściu z Tobruku odniosła wielkie zwycięstwo zdobywając w ataku frontalnym szereg strategicznych punktów. W sumie umożliwiło to aliantom przerwanie frontu i ofensywę na wielką skalę. W walkach pod Tobrukiem Adam Kostka został ranny. Dopiero w marcu, po uciążliwych, pustynnych działaniach nastąpił krótki odpoczynek pod Aleksandrią, a następnie w Palestynie (urlopy, zwiedzanie przepięknych zabytków w terenie odbitym Niemcom), W maju dokonano reorganizacji. Szeregi zasilili żołnierze wyprowadzeni przez generała Andersa z ZSRR. Powstała 3 Dywizja Strzelców Karpackich, którą we wrześniu przerzucono do Iraku. Tu w październiku poznano dowódcę Armii Wschodniej - gen. Andersa.
Rok 1943 Jesienne wiadomości o coraz to nowych miejscowościach odbieranych Niemcom i Włochom oraz podany w styczniu komunikat, że armia Von Paulusa w bitwie pod Stalingradem przestała istnieć pokrzepiły ducha. Z wiosną odlatującym szpakom przekazano pozdrowienia dla rodzin w Polsce. Intensywność ćwiczeń wzrastała proporcjonalnie do temperatury, która pięknie zakwitły step zamieniła w pustynię pokrytą suchymi badylami, 5 lipca nadeszła wstrząsająca wiadomość - Naczelny Wódz generał Władysław Sikorski nie żyje. Snuto różne domysły. Jedno było pewne. Jego śmierć zaważy na losach Polski.
Bliżej Polski Przerzucenie polskich wojsk do Transjordanii, a następnie intensywne ćwiczenia w wysokich górach Libanu kojarzono w Batalionie z pogromem słynnej Afrikakorps, przepędzeniem groźnego"Lwa Pustyni" Rommla, zajęciem Sycylii i utworzeniem przyczółków w Italii. Stawało się pewne, że tak upragniona droga do Polski wieść będzie z ziemi włoskiej. Wpierw odbyto wielkie manewry w Palestynie, po których pozwolono wypocząć. Urlopy wykorzystam do zwiedzenia Jerozolimy, Betlejem, Tel-Awiwu umożliwiły wszystkim Żydom z dywizji dezercję do organizującego swoją armię Izraela. Potem lwi Egipt, Morze Śródziemne, aż wreszcie długo oczekiwana Europa - łądowaim na Półwyspie Apenińskim. Święta Bożego Narodzenia obchodzono już w obozie rozłożonym wzdłuż szosy Toronto i Bari.
Rok 1944 Po aklimatyzacji i ćwiczeniach w nowych warunkach klimatycznyiii | terenowych, w lutym zajęli pozycje po Anglikach na szczycie wzgórza Monom (1210 m npm). Zaopatrzenie dowoziła hinduska kompania mulników. Padającepociski niemieckie nie wyrządziły większych strat. W kwietniu Anglicy wrócili na swoje dawne pozycje. Zluzowani Polacy odbywali ćwiczenia na współdziałanie w górach. Po odpoczynku wyznaczono pozycje pod Monte Cassino, skąd rozpościerał się widok na piękny, dobrze ufortyfikowany przez Niemców klasztor. Mulnicy jedynie do pewnej wysokości (Wielkiej Miski) dostarczali zaopatrzenie. Na stanowiska wysoko w górach trzeba było je wynosić na plecach pod osłoną uocy "przeskakując" miejsca, w które Niemcy byli dobrze wstrzelani i przy najmniejszym, podejrzanym ruchu zasypywali gradem pocisków. 11 maja 1944 roku zaczęło się piekło. Oszałamiający, jednolity grzmot i jasne od wybuchów noce trwały cały tydzień. Dopiero 18 maja przerażająca cisza i powiewająca na mianach Klasztoru polska flaga oznajmiły, że pierwsza zapora na drodze do Polski została zniszczona. Było ich jeszcze wiele w Apeninach i Alpach - Ankona, San Stefano, Sanla Lucia, Monte Lucia, Monie Trebbio, Monte San Rinałdo i. wiele wzgórz oznaczonych jedynie liczbami nim poddały się Włochy, a w cztery dni później swoją bezwarunkową kapitulację ogłosiły hitlerowskie Niemcy. Było to 7 maja 1945 roku.
Epilog wrześniowej epopei U podnóża klasztornego szczytu Monte Cassino na wojennym cmentarzu polskim wśród 860-ciu rodaków pozostali: por. Henryk Kościriski z Brzozowa, Władysław Miezgiel, Stanisław Czenczek, Walenty Czenczek, Józef Sękowski i Tadeusz Sękowski z Wesołej. Ci, co pierwsi wrócili do kraju ostrzegli pozostałych, że zapory jakie pokonywali w boju są niczym w porównaniu z tymi, jakie dla "Andersowców" przygotowały władze PRL. Porucznik Adam Kostka, który z tysiącami Polaków przechodził tę wojenną gehennę dopiero po dwudziestu czterech latach mógł przyjechać do kraju. Rodzinny dom odwiedził w 1964 roku. W rok później, po krótkiej chorobie zmarł w Londynie dnia 14 czerwca 1965 roku. Rodzina i frontowi przyjaciele spełnili Jego największe marzenie. Spoczął w Polsce. Trumna z zabalsamowanymi zwłokami została przewieziona statkiem Baltikruz do Gdyni. Został pochowany na cmentarzu w rodzinnym mieście - Brzozowie. Życiorys porucznika Adama Kostki opracowany przez Stanisława Macielę (siostrzeńca A. Kostki) uzupełnił Adam Piecuch faktografią w oparciu o "Wojenne opowieści porucznika Szemrają" - Adama Majewskiego. Por. Szemraj podobnie jak por. Kostka swoją powrześniową tułaczkę odbywał po tej samej trasie. Przez dwie niewole
Część I - Niewola niemiecka
W sierpniu 1939 roku wobec zakończenia mobilizacji mojego macierzystego 29 pułku w Kaliszu otrzymałem kartę mobilizacyjną do 2 Pułku Legionów w Sandomierzu, do którego przybyłem 25 sierpnia. Tu, jako szeregowiec z cenzusem, dostałem przydział do Batalionu nadwyżki. Miałem wtedy lat 35 i byłem nauczycielem. Batalion liczył około 500 łudzi i był tylko częściowo uzbrojony i częściowo umundurowany. 5 września wieczorem opuściliśmy Sandomierz maszerując nocą w kierunku Przemyśla. Ze względu na bezpieczeństwo maszerowaliśmy nocami, a wypoczywali dniem w przydrożnych lasach. Po drodze Batalion stopniał do 40% stanu. Przeważnie opuszczali szeregi żołnierze zamieszkujący te tereny. Tak doszliśmy do Białego Kamienia pod Złoczów. Tam zatrzymał nas sowiecki czołg i polowy samochód z oficerami. Żołnierzom kazano ustawić się po jednej, a oficerom i podoficerom po drugiej stronie. Po czym jeszcze skontrolowano, czy któryś z oficerów nie ukrył się pośród żołnierzy i nam kazano wracać do domu, a oficerów i podoficerów zatrzymano. Rozeszliśmy się w milczeniu bardzo przygnębieni i niepewni jutra. Postanowiliśmy iść razem czwórką pedagogów: Ja z Błaszek, Zaborowicz z Kalisza, weteran z I wojny Światowej i powstaniec wielkopolski, zgilotynowany później na Cytadeli w Poznaniu, plutonowy podchorąży, który później zginał w kamieniołomach w Oranienburgu i Miłosz z Koła, który przeżył Dachau. Postanowiliśmy iść za wojskiem niemieckim do Sanu i stamtąd dostać się do naszych rodzin. Ciężko było iść ze ściśniętym sercem na obtartych nogach i o pustej kieszeni, gdy dokoła było dużo wrogich nam Ukraińców. Zbliżał się wieczór. Byliśmy bardzo głodni. Tego dnia nic nie jedliśmy. Po drodze wstępowaliśmy do zamożniejszych gospodarzy, ale ich groźne spojrzenia kwitowaliśmy uniżonym "przepraszam". Doszliśmy do wioski, w której po jednej stronie stała cerkiew po drugiej kościół. Po stronie ukraińskiej "upolowaliśmy" koguta i nazbierali na polu ziemniaków. W trakcie tego kolega natknął się na zabitego polskiego żołnierza, rozbrojonego i bez dokumentów, ^zeszliśmy na polską stronę wsi do większego gospodarstwa prosząc o nocleg. Bardzo uprzejma gospodyni powiedziała, że możemy zanocować u niej w stodole, ale nie może nam nic dać jeść, bo co mogła, to dała wojsku Powiedzieliśmy jej, że mamy koguta i kartofle, W tym momencie podeszło do nas dwu młodych żołnierzy z Błaszek. Dowiedziawszy się, że jesteśmy nauczycielami zaproponowali nam wspólną kolację, bo i oni mieli jedną kurę Chętnie przystaliśmy na to i wspólnie zjedliśmy ugotowany drób i kartofie. Poczym ze względu na nasze bezpieczeństwo zaproponowali nam dołączenie do ich grupy, bo Ukraińcy zaczęli ostrzeliwać stodołę, w której mieliśmy nocować. Rano wyruszyliśmy wspólnie na zachód. Po drodze natknęliśmy się na zabitych naszych żołnierzy leżących w zbożu i na kartoflisku. Była to robota zbirów ukraińskich liczących na bezkarność ze strony Niemców. Po chwili słyszymy okropny jęk i widzimy na wozie drabiniastym polskiego żołnierza obstawionego snopkami zboża, z wystającym językiem i otwartymi ustami, z których obficie płynęła krew. To Ukraińcy przeszyli mu bagnetem brodę i język. Około południa widzimy na drodze gromadę ludzi, a między nimi mężczyznę z rowerem i obok małą dziewczynkę. Nagle słychać strzał rewolwerowy. Pada na ziemię mężczyzna, a na niego rzuca się z płaczem dziewczynka zaś zbiry zabrawszy rower uchodzą między zabudowania. Na miejsce zbrodni schodzą się ludzie i my tam podeszliśmy. Pytam się, czy są między nimi Polacy? Kilkoro rąk podnosi się. Wówczas przy pomocy miejscowych mężczyzn przeszukaliśmy kieszenie zabitego i znaleźliśmy kilka polskich gazet i legitymację wystawioną na kolejarza małej stacji Kłaj pod Tarnowem. Prosiłem ludzi, by pochowali zamordowanego i zatrzymali dziewczynkę oraz legitymację i przekazali je odpowiednim władzom w celu odesłania do miejsca zamieszkania. Prosiłem też, aby pamiętali o grobie, by kiedyś rodzina mogła go znaleźć. Te przykre wypadki wpłynęły na zmianę naszej decyzji: postanowiliśmy pójść dobrowolnie do niewoli niemieckiej, by uniknąć samosądu Ukraińców. Wkrótce odszukaliśmy placówkę wojsk niemieckich i dołączyliśmy do dużej grupy jeńców maszerujących w kierunku Łodzi. Sądziliśmy, że z Łodzi łatwo dostaniemy się do naszych rodzin. Nasza 500 metrowa kolumna licząca 2000 osób była strzeżona przez liczną eskortę, która obchodziła się z nami bardzo ostro. Na wypoczynek wybierano zawsze szczere pole z dała od lasów i osiedli. Straż zajmowała pozycje obronne z bronią gotową do strzału. Byliśmy spragnieni i głodni. Rzucaliśmy się na kapustę przy postoju w polu. Kiedy raz Niemcy przywieźli chleb, zrzucali go w tłum z samochodu robiąc sobie ubaw. Zgłodniali ludzie rzucali się na chleb, wydzierali sobie wzajemnie i dochodziło nawet do bójek. W tym wzajemnym tratowaniu się wiele chleba zostało zniszczonego przez wdeptywanie w ziemię, a Niemcy mieli zabawne widowisko. Nasza czwórka z dezaprobatą obserwowała to zjawisko uświadamiając sobie do jakiego upodlenia i zezwierzęcenia może doprowadzić człowieka głód. Tak doszliśmy do Jarosławia i postój mieliśmy na boisku sportowym. Tam było bardzo dużo wojska i łatwiej było uciec. Korzystali z tego ludzie mieszkający w tej okolicy. Stąd zbiegł prof. Kociołek z Nowego Sącza. Nasza czwórka nie chciała podejmować przedwcześnie ucieczki ze względu na dużą odległość do Kalisza. Dalej transportowano nas w zamkniętych tc-^irowych wagonach po 100 ludzi w jednym wagonie. Duszno, brak wody i głód dawały się we znaki. Ludzie zaczęli mdleć. Silniejsi na postoju walili pięściami w drewniane ściany wagonów. Podobno parę osób zmarło. Na postoju pociągu na stacji Kłaj pod Tarnowem miejscowy proboszcz wyjednał u Niemców zgodę na nakarmienie jeńców, w rezultacie czego każdy jeniec dostał 3\4 litra zupy i kromkę chleba dostarczone przez gospodynie z parafii. Tym razem Niemcy dopilnowali sprawiedliwego podziału jedzenia. W czasie pobierania mojej porcji zostałem nagłym pchnięciem w bok wyrzucony z kolejki i potoczyłem się w dół z nasypu, a moje miejsce zajął ów intruz. Rzuciła mi się przy tym krew z nosa. Widząc tę scenę Niemiec wymierzył intruzowi policzek i dał mu kopniaka oraz pozbawił go jego porcji a mnie dał dwie. Ten incydent przykro na mnie podziałał, przekonałem się bowiem po raz drugi, do jakiego stanu doprowadza człowieka głód i przemęczenie zwłaszcza przy niskiej kulturze osobistej. Z Kłaju wielu żołnierzy uciekło wskakując do budek, czy na bufory pociągu z żołnierzami niemieckimi, które przejeżdżając przez stacje wyraźnie zwalniały, Przypuszczaliśmy, że to polscy kolejarze w ten sposób ułatwiali ucieczkę polskim żołnierzom. 29 października pociąg zatrzymał się w Żaganiu i tu zaskoczyła nas postawa niemieckich kolejarzy, którzy krzyczeli: Po co przywieźliście ich tu ?! Trzeba było ich wystrzelać! Ostatecznie zamknięto nas w obozie Stalag 3c we wsi Kunał, 4 km od Żagania w sosnowym lesie. Obóz otoczony był kolczastym, wysokim na 4 m drutem i posiadał 6 wież strażniczych, na których stale czuwali uzbrojeni w automaty strażnicy dysponujący także silnymi reflektorami. Obóz był przewidziany na 20000 ludzi i gotów był już w marcu 1939 roku. Przeprowadzono w nim mobilizację zmotoryzowanej dywizji im. Hermana Geringa. Tak więc Niemcy już wtedy przygotowywali się praktycznie do napaści na Polskę. Namiot mieścił 300 jeńców. Cała nasza czwórka znalazła się w namiocie podoficerskim. Zbliżał się koniec listopada. Mrozy sięgały 15 stopni i to w namiocie. Otrzymaliśmy po 3 koce i spiąwszy je spinkami kładliśmy się na noc trójkami, by co trzecią noc znaleźć się w środku. W owym czasie przywieziono do obozu 2500 jeńców ze Wschodu na mocy porozumienia z ZSRR o wymianie polskich jeńców. Polaków ze wschodnich terenów i Ukraińców oddano Sowietom, a Niemcy przejęli polskich jeńców zamieszkujących centralne i zachodnie ziemie Polski. Postanowiliśmy wykorzystać ten duży napływ jeńców i złożyliśmy podania o zwolnienie motywując to tym, że nie jesteśmy wojskiem, bo nie mamy pełnego umundurowania. O dziwo, Niemcy nie robili trudności. Wydali naszej czwórce nauczycieli cywilne ubrania i dołączono nas do grupy cywilów z polskich ziem zajętych przez Sowietów wydając wspólny dokument podróży na 40-to osobową grupą oraz każdemu indywidualne zwolnienie celem przedłożeniu żandarmerii w miejscu zamieszkania. Bez straży udaliśmy się na stację kole jową. Tam jedna z pań, z którą nawiązaliśmy rozmowę radziła nam wrócić di niewoli, w której prędzej przeżyjemy wojnę, gdyż w kraju panuje terror. Bardttf nas to zmartwiło i nasunęło obawy o los naszych rodzin. 6 grudnia dotarłem do Błaszek i odszukałem rodzinę zdrową i w komplecie. Trzyletni synek Jasio wykrzyknął: -Tatuś, faflufte Jude! - zawołanie zapowiadające martyrologię Żydów. Żona opowiedziała mi gehennę, jaką przeżyła uciekając przed frontem i znalazła się w ogniu walki razem z dziećmi zmuszona ochraniać małego Jasia własnym ciałem. Kiedy wróciła do domu, woźny szkoły nie wpuścił jej do naszego mieszkania w domu nauczycielskim zajętym przez Wermacht. Wypędził ich z boiska wykrzykując: Nie macie tu nic do szukania! Polska się skończyła, I kazał im uciekać. Ostatecznie żona znalazła serce u Pp. Szlachty, którzy ją przygarnęli do siebie mimo panującej ciasnoty w ich domu. Gdy zameldowałem się w Żandarmerii, przyjął mnie żandarm rodem z niedalekiej wsi, a później odwiedził nas syn woźnego, co nie wróżyło nic dobrego. W tej sytuacji wyjechaliśmy do mojego brata w rodzinnym Brzozowie, a później objąłem kierownictwo Szkoły Powszechnej w Humniskach.
Część II. Niewola sowiecka - (Obóz Pracy w Junakijewie)
1. UPROWADZENIE
Byłem wtedy kierownikiem szkoły w Humniskach. Styczeń 1945 rok był mroźny i śnieżny. Dzień 19 stycznia był mroźny ale słoneczny. Korzystając z pięknej pogody szykowałem się wraz z synkiem do zawiezienia na sankach worka zboża do młyna na mąkę, gdy w oknie mignęła postać kobiety w mundurze NKWD z bronią na ramieniu. Nic nas to nie zdziwiło, bo przyzwyczailiśmy się do widoku ludzi w sowieckich mundurach. Nic nam też nie podpadło, gdy powiedziała, że komendant wzywa mnie na krótką naradę w sprawie szkoły, bo przecież byłem jej kierownikiem. Powiedziałem, że tylko wyjdę na chwilkę, by pomóc synkowi ciągnąć sanki pod górkę i zaraz wracam, lecz ona powiedziała, że synek zaczeka, bo narada potrwa nie dłużej niż "pół czasa".W takim razie nałożyłem ciepłe, długie futro, niech bolszewik widzi jak ubiera się polski nauczyciel - pomyślałem sobie i wyszedłem z nią w dobrym nastroju. Kiedy doszliśmy do posterunku NKWD wyszedł komendant, którego juz znałem, uśmiechnął się do mnie i przywitał nakazując ruchem ręki do wsiadania do gazika. Kiedy go zapytałem, dokąd jedziemy, powiedział, że do Brzozowa, Wysiedliśmy przed willą senatora Białego w Brzozowie. Kręciło się tam wielu uzbrojonych enkawudzistów. Mnie wprowadzono do mrocznego i zimnego korytarza, gdzie zgłodniały i zziębnięty czekałem na dalszy los. Przypomniałem sobie wtedy, co pisał Ossendowski o bolszewickich metodach przesłuchań, by złamać człowieka. Widocznie przetrzymanie mnie w tych warunkach ma za ceł zmiękczenia mnie. Jak się dowiedziałem po powrocie z wygnania, wielu ludzi w podobny, podstępny sposób uprowadzono i wszelki słuch o nich zaginął.Kiedy żona dowiadywała się o mnie w NKWD, mówiono jej, że oni niczego o takim człowieku nie wiedzą. Nie przyniosły też pożytku próby uwolnienia, mimo licznych podpisów miejscowej ludności.Cały czas pobytu w łagrze nie miałem żadnej wiadomości od rodziny ani rodzina ode mnie.
2. PRZESŁUCHANIE Po pewnym czasie jeden ze strażników kazał mi wyjąć sznurowadła z butów, krawat i pasek od spodni wyjaśniając, że jestem aresztowany, a następnie zaprowadził mnie na piętro na przesłuchanie. Na środku pustego, dużego pomieszczenia siedział za stolikiem, oświetlony lampą naftową komendant. Czytał on półgłosem pismo pisane po rosyjsku. Po charakterze tego pisma rozpoznałem autora donosu. Był to bowiem donos na mnie. Komendant pytał mnie o pracę w szkole i straży obywatelskiej. Powiedziałem mu, że przecież nic złego nie zrobiłem, a on dodał: "ale i nic dobrego. Dlatego teraz macie okazję do dobrego" i zaczął mnie wypytywać o różnych zacnych ludzi m.in. o Cwiet-kowskiego (chodziło o Kwiatkowskiego, właściciela młynu w Humniskach, przezacnego człowieka i patriotę, hojnego dobroczyńcę dla wysiedlonych i ukrywających się). Ja mu ostro powiedziałem, że nie mogę nic złego powiedzieć o tych ludziach, bo gdybym jakieś nieostrożne słówku wypowiedział zaraz byście ich aresztowali. Niech mnie pan zastrzeli, bo ja nk nie powiem! Na te słowa komendant huknął w stół i wrzasnął, że tylko Nieme strzelali do Polaków, ale nie oni i kazał zaprowadzić mnie do piwnicy. W piw nicy panował mrok. Na dużej kupie suchego nawozu kurzego majaczyły jakieś ludzkie postacie. Panowała cisza. Zmęczony zimnem i głodem zdjąłem futro, rozścieliłem je na nawozie i na jednej pole położyłem się, a drugą nakryłem,; Sen jednak nie przychodził, gdyż rozmyślałem nad swoim losem i pozostawionej żony z trojgiem małych dzieci. Rano, jak tylko rozwidniło sil powyciągałem z worka zasłaniającego okno pojedyncze nitki i zrobiłem sobie m nich pasek do spodni, a kawałkiem zwęglonego drewna wypisałem na ściaulfl swoje personalia w nadziei, że wiadomość dojdzie do rodziny, Jednak tak sio1 nie stało. Tam rozpoznałem radiotechnika z Brzozowa - Przytulskiego 01.1/ policjantów granatowych - Stróżyńskiego, Kiempę i Kurka, a na podwoi/, kolegę z Humnisk Bryniarskiego i Tietzego, właściciela cukierni - restauracjii Obydwaj pracowali dla AK oddając organizacji duże usługi i ratując wielu przed aresztowaniem. Nie mogliśmy jednak ze sobą porozmawiać, bo strażnicy nie pozwalali.
3. PODRÓŻ W NIEZNANE 23 stycznia załadowano nas na odkryte samochody i mimo iO-cio stopniowego mrozu wieziono do Sanoka, a byli pośród nas i lekko ubrani. Pilnowitkj nas czterech strażników z bronią gotową do strzału. Kiedy znaleźliśmy się w Sanoku przewieziono nas razem z grupą krośnieńską i sanocką na stację kolejową Nowosielsk-Gniewosz i ulokowano w gospodarczych zabudowaniach pod strażą. Grupa krośnieńska i sanocka posiadały własną żywność, a nasza brzozowska nie miała nic do jedzenia. Patrząc na nich leciała nam ślinka. Kiedy Tietze zwrócił się do zajadającego wędzony boczek sędziego Zębatego, by mu dał kawałek skórki do pożucia, ten mu odpowiedział, że sam sobie pozuje. Ale kiedy później Tietze pracując w kuchni obozowej pomagał wielu kolegom, wyniósł kiedyś sędziemu menażkę kaszy. Ten chwytając menażkę dziękował mu i rozpłakał się całując dobroczyńcę po rękach. Było to potężne chłopisko. Stale chodził głodny, mimo że ja oddawałem mu swoją porcję papierosów, a on od razu wymieniał je na jedzenie. Po południu załadowano nas do bydlęcych wagonów ustawiając przy drzwiach strażników. Po dwóch dniach dojechaliśmy do Sambora przez cały czas nie otrzymując żadnego jedzenia ani picia. W Samborze doszła jeszcze grupa słowacka i czeska. Najbardziej naiwni byli Czesi, którzy wierzyli enkawudzistom, że wkrótce wrócą do domu. Umieszczono nas w koszarach wojskowych. Patrzymy, a inż. Bergman, burmistrz Krosna płacze. Pytamy, co się stało? A on mówi,że w 1910 roku budował te koszary, a teraz jest w nich więźniem. Co za ironia losu! Któregoś dnia uformowano z nas kolumnę marszową i wyprowadziwszy na szosę eskortowano nas w kierunku na wschód. Niektórzy co niedawno przebyli ciężką chorobę, teraz z trudem szli. Na noc zatrzymano nas w Medyce, a nazajutrz ustawiono na placu, byśmy wysłuchali przemówień oficerów obrażającycyh nas w każdym zdaniu. Na zakończenie brano każdego na ponowne przesłuchanie, ale już powierzchowne. Mnie na zakończenie przesłuchania w brutalny sposób odebrano obrączkę. Niektórzy przezornie zdążyli ukryć obrączki, które później w obozie dużo im pomogły. Początkowo pozwolono nam na spacery. Pewnego dnia podczas spaceru dwaj młodzi policjanci ukryli się w stajni i w odpowiednim momencie przesadziwszy parkan uciekli. Mimo pościgu i strzelaniny nie złapano ich. Po tym wydarzeniu zaostrzono dyscyplinę i zniesiono spacery. Tam po 4 dniach dano nam pierwszy obiad. Była to woda z kapustą "ochrzczona" olejem.
4, DROGA DO DONBASU
Pewnego dnia załadowano naszą 62 osobową grupę do bydlęcego wagonu z zabitymi deskami otworami okiennymi i po przydzieleniu na drogę po wiadrze wody i bochenka chleba na każde 6 osób ruszono dużym składem pociągu na wschód. W wagonie panował półmrok. Ściany były podziurawione przez pociski. Na środku wagonu stał żelazny piecyk, ale nie było żadnego opału, W jednym miejscu było wmontowane drewniane koryto z otworem na zewnątrz do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Drzwi były zamknięte od zewnątrz. Na krótkich postojach konwojenci wychodzili ze swych ciepłych wagonów i długimi drewnianymi młotkami opukiwali ściany wagonu, czy nie jest gdzieś uszkodzony. Na nasze wołania "jeść, pić" zupełnie nie reagowali. Na noc układaliśmy się na gołej podłodze. Pragnienie, głód i zimno coraz bardziej doskwierały. Wysychały i pękały wargi. Siódmego dnia temperatura spadła do minus 25 stopni. Na nitach, gwoździach i innych częściach metalowych osadzał się szron. Zeskrobywaliśmy ten szron i połykali, ale to nie gasiło pragnienia. W tych warunkach człowiek odruchowo wykonywał ruchy połykania, aż stały się one przykre i bolesne. Nocą nasza trójka stanowiła jakby jedno ciało. Ja mając długie futro, futrzaną czapkę i buty z cholewami kładłem się z jednego boku i Titze ubrany podobnie, z drugiego, a Bryniarskiego, licho ubranego braliśmy w środek i okrywali połami swych okryć. Zmiany ułożenia ciał dokonywaliśmy jakby na komendę. Mimo to, nie udało się uchronić nóg przed odmrożeniami. W ciągu dnia ludzie starali się rozgrzewać wykonując jakieś drobne ruchy, dreptanie w miejscu czy tp. Większych ruchów nie mogli wykonywać, bo byli zbyt słabi. Trudno sobie wyobrazić cierpienia i lęk przeżywany przez ludzi zagrożonych śmiercią głodową, czy zamarznięciem. Ponieważ w części wagonu była podwójna podłoga, wyrwaliśmy te deski i rozpaliliśmy ogień w piecyku. W wagonie zrobiło się ciepło. Radość ogarnęła ludzi, ale nie na długo. Po 2 - 3 godzinach znów ogarnęło nas lodowate zimno, jeszcze bardziej przykre niż poprzednio. Cały nasz transport złożony z Polaków, Czechów, Ukraińców i częściowo Niemców łącznie z 500 osobową grupą aktorów i aktorek z Bratysławy liczył około 2600 ludzi.
5. DONBAS
9 dnia morderczej podróży pociąg-widmo zajechał na rampę kopalni węgla w Donbasie. Kazano nam wyjść z pociągu i ustawić się w szeregu. Nigdy nie zapomnę tego obrazka! Długi szereg na setki metrów. Konwojenci odbierają koce tym, którzy mają, formują czwórki i każdej czwórce przydzielają jeden koc. Następnie każda czwórka podchodzi do odpowiedniego wagonu i układa na kocu zamarzniętego na śmierć człowieka i wynosi go do szeregu. Niesamowity pochód idzie zaśnieżoną drogą w stronę odległego o 2 km. łagru. Niektórzy koledzy prowadzili podtrzymując tych, którzy mieli odmrożone stopy. Silniejsi nawet nieśli "na barana" tych, którzy już nie mogli iść samodzielnie. Ten widok wyciskał łzy z oczu z powodu rozmiaru niezawinionych cierpień łudzi różnych narodowości. Były również i łzy wzruszenia, patrząc jak ci, którzy jeszcze mogli zdobyć się na zryw wysiłku, pomagali takim, którzy nie mieli szafll przeżycia. Obok uczucia bólu, złości i apatii tliła się iskierka nadziei 01 przeżycie w lagrze w oparciu o solidarność współwięźniów. Po przybyciu do lagru każdy rzucał się do śniegu i garściami pakował do ust nie bacząc na możliwość przeziębienia kiszek. Ja znalazłem stare wiadro po wapnie i nabrawszy w nie śniegu łakomie go jadłem. To niesamowite ucztowanie trwało około 2 godzin. Po paru godzinach przystąpiono do zaopatrywania odmrożonych i chorych. Brali w tym udział zarówno lekarze sowieccy jak i polscy. Znalazł się nawet jeden chirurg, który miał najwięcej pracy amputując palce rąk i nóg, a w niektórych przypadkach i całe stopy. Śmiertelność była duża. Lagier nie był przygotowany na przyjęcie tyłu ludzi i to w takim stanie. Po południu przechodząc się po salach doznałem potwornego wstrząsu. Na jednej z sal natknąłem się na leżące w różnych pozycjach zwłoki ludzi z naszego transportu. Zwłoki miały powykręcane ręce i nogi w przeróżny sposób przypominający pozycje baletowe. Twarze także powykręcane w jakimś grymasie czy bólu i zastygłe oczy patrzące w dal. Robiło to wrażenie jakiegoś makabrycznego tańca martwych ciał.
6. ŁAGIER
Lagier w Junakijewie znajdował się w odległości 2,5 km od kopalni. Otoczony był dwoma rzędami drutów kolczastych i wieżyczkami strażniczymi z gniazdami karabinów maszynowych. Brama była pilnie strzeżona przez uzbrojonych strażników. Część bloku zamieszkiwały kobiety z teatru w Bratysławie. One też chodziły z nami do pracy w kopalni. Na środku placu obozowego znajdował się mały karcer, umieszczony w ziemi. Trzymano w nim łudzi przeważnie za kradzieże. Rozkład dnia przedstawiał się następująco: O godzinie 4-tej pobudka, szybkie ubieranie się i mycie, jeśli ktoś zdążył. Następnie fasowanie żywności na cały dzień, wypicie chochelki zupy mącznej lub czasami kubka czarnej kawy zbożowej bez cukru, zbiórka do wyjścia, odliczanie, zapisywanie i o 5—tej 10 wymarsz do kopalni pod eskortą konwojentów. Pewnego razu młody człowiek chcąc ominąć kałużę uskoczył w bok i natychmiast został zastrzelony przez konwojenta za "próbę ucieczki". Po przybyciu do kopalni strażnicy zajmowali pozycje na wieżyczkach, bo i kopalnia otoczona była drutami kolczastymi i wieżyczkami. Na znak z wieży wchodziliśmy do kopalni i na głos syreny przystępowaliśmy do pracy zgodnie z przydziałem. Bratysławskie aktorki pracowały przy taśmie z węglem. O 14—tej kończyliśmy pracę, wracali do obozu i po lichym obiedzie przeważnie leżeliśmy słabi na pryczach, a kiszki mocno marsza grały, bo cały zapas żywności już został skonsumowany zaś na kolację otrzymywaliśmy tylko kubek kawy.
7. PIERWSZA CHOROBA
W ostatnich dniach rozpanoszyła się w naszym obozie wszawica. Co dzień wyłuskiwaliśmy z ubrań insekty i niszczyli je ale nie dawało to efektów, bo brakowało środków sanitarnych. Pewnego dnia poczułem się bardzo osłabionym i niezdolnym do pracy. Dyżurny sali, sędzia Pochorski z Sanoka, chciał mnie zaprowadzić do obozowej bolnicy, ale poszedłem powolutku sam, bo była to odległość ze 30 m. Przy wejściu do bolnicy stał lekarz w stopniu kapitana ze słuchawkami na szyi i pyta mnie ostro: -A szto wy tu? -Ja bolnoj - mówię, a on chwycił do ręki słuchawki i jak nie zdzieli mnie po twarzy, aż mnie zapiekło! -Uchadij, ty taki a taki synu! Niemal z płaczem wróciłem na salę i osłabiony położyłem się na podłodze. Po paru minutach w ramach kontroli wchodzi na salę 5 oficerów w białych kitlach i komendant sali zarządza "baczność"! Wszyscy wstają. Ktoś z komisji pyta, dlaczego ja nie wstaję? Komendant sali odpowiada, że jestem ciężko chory, -Zaraz zobaczymy- mówi inny i podaje mi termometr nakazując dobrze trzymać. W międzyczasie pytają mnie o personalia, narodowość, zawód i pytają, czy będę pracował. Ja mówię, że będę pracował jak tylko będę mógł. Jestem niewolnikiem i nie mam wyboru, jeśli chcę przeżyć. Po paru minutach podaję termometr mojemu rozmówcy. Ten po odczytaniu marszczy czoło l mówi: -Sorok gradusow! (40 stopni) i podaje termometr pułkownikowi, a ten p«> sprawdzeniu zwraca się ostro do komendanta sali: -Czemu tak ciężko chorego trzymacie na sali? Sędzia jakby zaniemówił. Wtedy ja podsuwam się na łokciach bliżej komisji i mówię, że to ten człowiek ze słuchawkami, który teraz kryje się za plecami, uderzył mnie słuchawkami w twarz i wypędził z bolnicy złorzecząc mi, bym zdychał jak pies. A teraz patrzcie jak polski nauczyciel zdycha i łeżąc im podłodze rozpłakałem się. Zrobiło to mocne wrażenie na komisji. Wszyscy popatrzyli na winnego lekarza i wyszli. Zaraz sanitariusze zanieśli mnie do izby chorych, gdzie lekarka rozpoznulu tyfus plamisty. Uświadomiła mnie, że jest to ciężka choroba, ale ją przelwy mam, bo mam mocne serce. Powieziono mnie sanitarką do odległego o 3km miasteczka Junakijcwo, gdzie leżałem na oddziale zakaźnym wysoko gorączkując.
Kiedyś siostra szpitalna w wieku około 45 lat podczas prześciełania łóżka zauważyła u mnie na szyi dwa medaliki i na ten widok rozpłakała się mówiąc, że dawniej w jej rodzinie wszyscy takie medaliki nosili. Później było to niebezpieczne, a obecnie zaczynają znowu nosić, ale trudno je dostać. Za chwilę znów się rozpłakała, gdyż otrzymała powiadomienie, że jej syn poległ w walkach pod Gryficami. Żal mi się jej zrobiło, ale jednocześnie ucieszyłem się, że już front jest tak daleko, co zapowiada koniec wojny.
8. KOLEJNE CHOROBY
Stopniowo zacząłem przychodzić do sił, gdy niespodziewanie pojawiła się męcząca biegunka, zwana dezynterią, a po rosyjsku ponosem. Doprowadza ona szybko do odwodnienia i utraty sił. Cechuje się ona wysoką śmiertelnością. Kolega Marian, który wtedy pracował w kuchni, gotował mi kłeiki, przypalał zboże na kawę, a nawet skądś wytrzasnął kieliszek wódki, lecz nic to nie pomagało. Coraz bardziej słabłem, a do ubikacji było daleko. Pewnego dnia do kuchni przywieziono mleko w proszku i Marian przygotował mi puszkę tego mleka, które natychmiast z apetytem wypiłem ale też natychmiast je wydaliłem z jakąś czarną mazią. O dziwo od tego momentu zacząłem zdrowieć. Po jakimś czasie wysoko zagorączkowałem, miałem bolesne dreszcze, a po nich zaczęło mnie trząść na całym ciele i było mi bardzo zimno. Skuliłem się wtedy, a szczęki cały czas z zimna mi latały. Po takim ataku mocno się pociłem na całym ciele. Czasami gorączka przekraczała 40 stopni. Lekarze dawali mi chininę. Była to malaria. W czasie tej choroby straciłem głos. Mówiłem tylko z wielkim wysiłkiem i cicho. Lekarze nie wiedzieli, co to za choroba. Konsultujący laryngolog też nie mógł rozpoznać choroby tłumacząc się przede mną, że oni tu nie mają nawet lusterka do badania gardła. Po objawach jednak rozproszył moje obawy o raka czy tuberkułozę. To mnie uspokoiło i zacząłem powoli przychodzić do siebie. Dużo ludzi umierało na tzw. chorobę obozową. Były jej dwa rodzaje: jedna to postać sucha, zwana suchą dystrofią. Człowiek nią dotknięty chudł i stopniowo uacił siły. W krańcowym okresie zdarzyło się, że leżąc na ziemi i ogrzewając się w słodcu już nigdy nie podniósł się. Były przypadki, że ludzie stojąc w kolejce za posiłkiem padali i od razu umierali. Drugą postacią była postać mokra, polegająca na gromadzeniu się w miejscu tłuszczu cieczy podobnej do moczu. Takim ludziom stopniowo narastała puchlina całego ciała doprowadzając do pękania skóry i wycieku cieczy. Musieli oni stałe wycierać ciało cierpiąc przy tym niezmiernie.
Kiedyś siostra szpitalna w wieku około 45 lat podczas prześciełania łóżka zauważyła u mnie na szyi dwa medaliki i na ten widok rozpłakała się mówiąc, że dawniej w jej rodzinie wszyscy takie medaliki nosili. Później było to niebezpieczne, a obecnie zaczynają znowu nosić, ale trudno je dostać. Za chwilę znów się rozpłakała, gdyż otrzymała powiadomienie, że jej syn poległ w walkach pod Gryficami. Żal mi się jej zrobiło, ale jednocześnie ucieszyłem się, że już front jest tak daleko, co zapowiada koniec wojny.
8. KOLEJNE CHOROBY
Stopniowo zacząłem przychodzić do sił, gdy niespodziewanie pojawiła się męcząca biegunka, zwana dezynterią, a po rosyjsku ponosem. Doprowadza ona szybko do odwodnienia i utraty sił. Cechuje się ona wysoką śmiertelnością. Kolega Marian, który wtedy pracował w kuchni, gotował mi kłeiki, przypalał zboże na kawę, a nawet skądś wytrzasnął kieliszek wódki, lecz nic to nie pomagało. Coraz bardziej słabłem, a do ubikacji było daleko. Pewnego dnia do kuchni przywieziono mleko w proszku i Marian przygotował mi puszkę tego mleka, które natychmiast z apetytem wypiłem ale też natychmiast je wydaliłem z jakąś czarną mazią. O dziwo od tego momentu zacząłem zdrowieć. Po jakimś czasie wysoko zagorączkowałem, miałem bolesne dreszcze, a po nich zaczęło mnie trząść na całym ciele i było mi bardzo zimno. Skuliłem się wtedy, a szczęki cały czas z zimna mi latały. Po takim ataku mocno się pociłem na całym ciele. Czasami gorączka przekraczała 40 stopni. Lekarze dawali mi chininę. Była to malaria. W czasie tej choroby straciłem głos. Mówiłem tylko z wielkim wysiłkiem i cicho. Lekarze nie wiedzieli, co to za choroba. Konsultujący laryngolog też nie mógł rozpoznać choroby tłumacząc się przede mną, że oni tu nie mają nawet lusterka do badania gardła. Po objawach jednak rozproszył moje obawy o raka czy tuberkułozę. To mnie uspokoiło i zacząłem powoli przychodzić do siebie. Dużo ludzi umierało na tzw. chorobę obozową. Były jej dwa rodzaje: jedna to postać sucha, zwana suchą dystrofią. Człowiek nią dotknięty chudł i stopniowo uacił siły. W krańcowym okresie zdarzyło się, że leżąc na ziemi i ogrzewając się w słodcu już nigdy nie podniósł się. Były przypadki, że ludzie stojąc w kolejce za posiłkiem padali i od razu umierali. Drugą postacią była postać mokra, polegająca na gromadzeniu się w miejscu tłuszczu cieczy podobnej do moczu. Takim ludziom stopniowo narastała puchlina całego ciała doprowadzając do pękania skóry i wycieku cieczy. Musieli oni stałe wycierać ciało cierpiąc przy tym niezmiernie.
Ponieważ kolegę Mariana Tietze przeniesiono z kuchni do pracy w kopalni, urwało mi się dożywianie i po pewnym czasie dostrzegłem u siebie dystrofię. Przeraziło mnie to ogromnie. Pragnąłem przeżyć obóz, postanowiłem więc symulować chorobę gardła, bo lekarz zapowiedział mi, że niedługo odeśle mnie do pracy w kopalni. Powiedziałem lekarzowi, że mam tuberkulozę gardła i w swoich skargach wymieniłem mu te objawy tuberkułozy, o które swego czasu pytał mnie laryngolog, co przy moim zniekształconym głosie było bardzo przekonywujące, a gorączkę fałszowałem przez pocieranie termometru między palcami. Po paru tygodniach obserwacji lekarz uwierzył w moją chorobę i zostałem wysłany na leczenie w łagrze głównym, który nazwano szpitalem między łagrowym znajdującym się w Dzierżyńsku oddalonym o 60 km.
9. W SZPITALU MIĘDZYŁAGROWYM
Ulokowano nas gruźlików na 40-osobowej sali, gdzie na dwóch łóżkach spało trzech chorych. Przeważnie byli to młodzi żołnierze słowaccy i rumufiscy. Krwotoki płucne były na porządku dziennym, śmiertelność była wysoka. Mnie umieścili między kłótliwym Madziarem a młodym Słowakiem, który po kolejnym krwotoku zmarł, a na jego miejsce przysłano nowego. Opanował mnie ogromny lęk o możliwość zakażenia się gruźlicą i to jako kara za symulowanie choroby. W tej sytuacji zgłosiłem się na ochotnika na sanitariusza. Dano mi pantofle na nogi i płaszcz na okrycie, podczas gdy chorzy chodzili boso i w samej bieliźnie. Wprawdzie nadal spaliśmy w trzech na dwóch łóżkach, ale już. nie przydzielano mi chorych z krwotokami. Pewnego dnia siostra przełożona powiedziała mi, że spodziewa się kontroli szpitala przez komisję główną szpitala. Otrzymałem polecenie przygotowana oddziału W szczególności wyniszczenia pluskiew, których było pełno wszędzie. Zrobiłem drewniane młotki, za papierosy zdobyłem trochę benzyny i po omówieniu sprawy z młodszymi sanitariuszami i chorymi zabraliśmy się do roboty. Jedna grupa przesuwała łóżka z ciężko chorymi pod jedną ścianę, druga wynosiła łóżka na podwórze, trzecia trzepała sienniki, czwarta młotkami uderzała w sprężyny i nity łóżek, aby pluskwy łatwiej odpadły, piąta polewała łóżka benzyną i podpalała, a szósta w tym czasie szorowała podłogę. Stół l naczynia na nim stojące wyszorowaliśmy. Ja porobiłem flakoniki, w który włożyliśmy świeże kwiaty ze szpitalnego ogrodu i nasz oddział, sali 40-osobowa, był gotów do inspekcji. Chorzy z innych oddziałów podrwiwali sobie z| nas i robili kółka na czole. Komisja bardzo wysoko oceniła stan naszego oddziału, bo mimo różnych sztuczek walenia młotkami w łóżka nie dopatrzyła się ani jednej pluskwy. Mnie przewodniczący komisji publicznie pochwalił i zalecił jakąś nagrodę. Powiedział, że odtąd na innych oddziałach zastosują moją metodę. Zaraz też siostra przełożona przyszła na oddział, podziękowała mi i ucałowała oraz w nagrodę przyniosła mi dużą i grubą kromkę chleba posmarowaną smalcem. Później posypały się propozycje pracy na innych oddziałach. Zgłosiłem się do pracy w oddziale roboczym. Wreszcie znalazłem się na liście powrotu do łagru, gdzie ze względu na przebyte chorobu komisja zakwalifikowała mnie na szczęście do pracy na powierzchni, a nie pod ziemią w kopalni. Dano mi drugą grupę.
10. DALSZA PRACA NIEWOLNICZA
Przydzielono mnie do pracy przy wyładowywaniu łopatą piasku z wagonów na rampę. Po przebytych chorobach i długim pobycie w szpitalach ręce miałem wydelikacone i wkrótce dorobiłem się krwawych pęcherzy na dłoniach. Ręce mnie mocno bolały a szczególnie nocą nie pozwalając spać. Po zakończeniu prac wyładunkowych przydzielono mnie do pracy w tartaku przy przenoszeniu dużych kłod drzewa. Praca była bardzo ciężka i przy tym niebezpieczna. Często dochodziło do miażdżenia palców rąk między klockami albo wręcz do łamania nóg. Przy tym robiło się już zimno i mokro i praca na powietrzu była bardzo uciążliwa. Bałem się o nowe dolegliwości. Dlatego starałem się dostać do pracy w stolarni, ale na płotnika czyli stolarza trudno było się dostać. Inspektor powiedział, że jeżeli rzeczywiście jestem stolarzem i zdam praktyczny egzamin, to natychmiast mnie przyjmą do pracy w stolarni, bo brak im stolarzy. Nazajutrz jednak był zagniewany i mówi: -Jaki z was płotnik?! Wy nauczyciel, bo sprawdził w ewidencji. Dopiero po wytłumaczeniu mu, że jestem nauczycielem od prac ręcznych, przydzielił mi na egzamin wykonanie taboretu. Egzamin wypadł dobrze i zostałem przyjęty do pracy w stolarni. Wykonywałem tam przeróżne przedmioty. Zrobiłem nawet trumnę i krzyż. W stolarni pracy było bardzo dużo i to czasem nagłej i pilnej tak, że pracowaliśmy i nocą. Zacząłem szybko chudnąć i słabnąć. Wtedy komisja przeznaczyła mnie do pracy w kuchni. Ale wkrótce uległem tam nieszczęśliwemu wypadkowi doznając oparzenia 3-go stopnia jednej stopy. Po zdjęciu buta część skóry pozostała na onucy. Ból był olbrzymi. Wieczorem gorączkowałem do 40 stopni. Nazajutrz przyszła wiadomość, że Polacy za 3 dni mają wracać do kraju. Koledzy zabiegają, by mnie wstawić na listę do powrotu. Lekarka upiera się, że nie może mnie w takim stanie zakwalifikować do transportu, że dopiero w późniejszym terminie mnie odeśle. Ja sobie myślę, jak ona mnie jednego może odesłać, przecież to odległość około 1600 km. a to jest transport specjalnym pociągiem pod konwojem i błagam ją, by mnie przedstawiła komisji. Na
|
||























