| Czas wyzwolenia III |
|
|
|
| Redaktor: BPI | |
| 20.04.2009. | |
|
SYMPTOMY KOŃCA HITLEROWSKIEJ ERY Adam Piecuch Nadszedł rok 1943, a z nim wiadomości krzepiące polskie serca: Armia Von Paulusa przestała istnieć po stalingradzkiej bitwie; Lew Pustyni - Rommel i jego wysławiana Afrikakorps przepędzone z Afryki; Sycylia odbita; Przyczółek we Włoszech utworzony przez "naszych" itd. Wspomniane wydarzenia sprawiły, że w Generalnym Gubernatorstwie nastąpił okres wzmożonych represji. W stosunku do nasilającego się w samoobronie ruchu oporu, okupant zastosował now element walki. Zmierzał do obniżenia autorytetu, do skompromitowania Armii Krajowej w oczach polskiego społeczeństwa. Jakie stosowano metody, przedstawia fragment ze wspomnień alumnów z Kroniki Seminarium Duchownego Diecezji Przemyskiej w Brzozowie. Opr. ks. Michał Jastrzębski. Mps str. 113 ..." Było to dnia 16 września 1943 roku. Po skończonej lekcji z katechetyki odprowadzałem ze St. Foltą dzieci do Malinówki. Rozmawialiśmy o "desantach", którzy pokazali się w lasach haczowskich. Kilku z nich było w Malinówce, napędzili ludzi do piwnicy, zabronili chodzić koło sklepu Kółka Rolniczego, w którym przebywali itp. Nagle pada rozkaz "położyć się". Około dziesięciu ludzi uzbrojonych w karabiny i granaty wyłoniło się z gęstwiny leśnej. Próba rozmowy spowodowała jedynie powtórzenie rozkazu i skierowanie luf w naszym kierunku. Rozkaz wykonaliśmy. Pytano nas o drogę w różnych kierunkach i czy daleko do Zdroju. Polecili nam leżenie jeszcze przez pól godziny na tym samym miejscu i odeszli. Po odgłosach oceniliśmy, że są już dostatecznie daleko. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Z oddali dochodziły odgłosy strzałów. W drodze powrotnej niedaleko Domu Zdrojowego zobaczyliśmy siedzącego w rowie człowieka, ramionami opierał się o brzeg rowu, a reszta ciała była w wodzie. Ominęliśmy go z daleka myśląc, że to jeden z bandy w ten sposób obserwuje przedpole. Później dowiedzieliśmy się, że był to syn rzeźnika z Brzozowa, który spełniając rozkaz "desantów" odbywał półgodzinne siedzenie w wodzie. Później mocno to odchorował. Po obiedzie wyszło czterech kleryków do Starej Wsi (Baj, Pelc, Michalski, Pawul). W pewnym momencie usłyszeli rozkaz - Halt! Zostali otoczeni przez grupkę mężczyzn uzbrojonych w karabiny, dubeltówki i rewolwery. Herszt skierował w ich stronę lufę dubeltówki, kazał się odwrócić i iść w kierunku zarośli. Na tłumaczenie Michalskiego, że są klerykami odpowiedział łamaną polszczyzną: "Ja wam dam kleryków burżuje, tylko chodzicie i nic nie robicie". Podprowadziwszy ich kilkanaście kroków pod pobliski dąb wydał rozkaz: "Wyłazić na dęba". Najpierw próbował wejść Pawul, a gdy mu się to nie udawało podsadził go Michalski, który podszyty strachem bez niczyjej pomocy wdrapał się za nimi na drzewo. Dopiero teraz zauważyli, że powyżej nich są już Pelc i Baj, nad nimi jakiś cywil, któremu polecono wykrzykiwać obelżywe słowa, zaś w pobliżu drzewa siedziała płacząca kobieta. W tym czasie powrócił z leśniczówki Fr. Stopa, od którego wcześniej zażądano dostarczenia żywności. Dostarczone przez niego mleko i chleb skonsumowała kilkunastoosobowa uzbrojona grupa ludzi. Z pozyskanych później wiadomości wynikało, że była to tzw. "kontrabanda" grasująca jakiś czas w okolicach Brzozowa. W jej skład wchodzili policjanci niemieccy, ukraińscy i polscy. Ich celem było wykrycie organizacji partyzanckich. Los bandy skończył się tragicznie. Straż niemiecka przy granicy słowackiej biorąc ich za partyzantów zlikwidowała całą grupą"... Przyśpieszona przez hitlerowców w roku 1943 eksterminacja narodu polskiego w odwet za pierwsze niepowodzenia frontowe wzmogła działania obronne Polaków. Zamach na Franza Kutscherę, Caffe Club i inne w planowanej do wysiedlenia Warszawie, brawurowo uwalniani więźniowie (w tym i w Jaśle), masowo tworzone oddziały partyzanckie na wysiedlanej zamojszczyźnie, likwidacja konfidentów przez podziemie, zwiększające się niepowodzenia na frontach, zmusiły najzagorzalszych "polakożerców" do refleksji. Rok 1944 Prasa i radio niemieckie informowały o "przegrupowaniu swych wojsk na z góry upatrzone pozycje". Radio PPP (Pewna Pani Powiedziała) donosiło o masowych bombardowaniach w Reichu. Na przygasłych twarzach "zdobywców Europy" w miejsce niedawnej euforii z okresu błyskawicznych zwycięstw, pojawił się wyraz zwątpienia i niepewności. Zmieniono metody postępowania. Złagodzono nieco kary za przestępstwa handlowo- gospodarcze. Zaprzestano ścigania osób uchylających się od wyjazdu do robót w Niemczech. Dano większą swobodę nacjonalistom ukraińskim. Na skutki tego ostatniego posunięcia nie trzeba było długo czekać - nawet w Brzozowie. Fragment z mat. arch. Isp. Szk. w Brzozowie. Od zbrodniczej ręki zaprzańców słowiańskich - banderowców padł też abiturient liceum Jan Smoleń. Został zastrzelony podstępnie w dniu 24 kwietnia 1944 roku jako robotnik kopalniany (na Mokre/n) w Seredym pow. Sanok. Ciało sprowadzono do Brzozowa. W pogrzebie wzięło udział całe społeczeństwo polskie miasta i okolicy. Kondukt prowadziło 44 księży. Była to jedna wielka manifestacja polska przeciw bandytyzmowi niemieckiemu, albowiem Niemcy nie mogąc podołać tylu narodom sami posługiwali się najemcami. Społeczeństwo polskie zna dobrze swą historię ojczystą, zna dobrze obronę Głogowa i zdawało sobie sprawę, że śp. Jan Smoleń to nikt inny jak epigon naszych dzieci głogowskich, który stanowił straż przednią głównych sił polskich. Nic też dziwnego, że na pogrzeb Smolenia przybyło aż trzech gestapowców z Krosna, by z ukrycia śledzić, jak zachowa się naród polski. Aresztowań już nie było. Stalingrad zrobił swoje. Partia gestapowska straciła tupet i odwagę. Pogrzeb odbył się w milcze niu. Dla Brzozowa był to dzień żałoby narodowej - dla Niemców zapowiedź Psiego Pola i Grunwaldu "... W "Sześć wieków Brzozowa" na stronie 227 czytamy: "Jan Smoleń urodzony w lutym 1921 roku w Sanoku, Szkolę Podstawową i Gimnazjum ukończył w Brzozowie. Liceum Humanistyczne ukończył w Sanoku w 1939 roku. Pracował w harcerstwie w Brzozowie i Sanoku. W okresie okupacji ukrywał się przed gestapo. W roku 1942 pracuje w organizacji podziemnej w rejonie nadgranicznym w pow. leskim. AK powierza mu misją przerzutów ludzi za granicę. Mimo coraz trudniejszych warunków wskutek terroru UPA działa na tym odcinku do 1944 roku. Ginie w tragicznych warunkach z rąk UPA w kwietniu 1944 roku". Zebrane od nauczycieli materiały w 1945 roku opracowane przez Kazimierza Holejkę p.o. Insp. Szk. w Brzozowie dotyczące "Szkolnictwa pod okupacją" udostępnił dr Bronisław Jaśkiewicz. Ten tragiczny zarazem patriotyczny epizod z życia miasta zadokumentował również na str. 156 swych wspomnień prof. Józef Kruczek rodem z Brzozowa - żołnierz września - oficer łączności Armii Krajowej. Manifestacyjny, patriotyczny pogrzeb Janka Smolenia akowca z Brzozowa - zamordowanego w Seredym przez Ukraińców 24 .©4.1944 r.
ZAMACH NA JOCHA - KOMENDANTA POSTERUNKU W DOMARADZU Piotr Chęć Łukasz Grzywacz Świtalski. w książce pt "Z walk na Podkarpaciu" podaje na stronie 213 następujący opis: "W maju Topór dostarcza Dowódcy Placówki informację o wjeździe Jocha. Dowódca Placówki WIR zleca SŁA WIE zlikwidowanie Niemca. SŁAWA z ludźmi zostaje przesunięty do gromady Blizne, gdzie miało nastąpić zlikwidowanie Jocha jadącego do Brzozowa w asyście granatowych policjantów. W Bliznem, na górce zwanej Kogutki, SŁA WA ze swym patrolem ukryty między7 parcelami żyta oczekiwał na Jocha. Pasłem wtedy krowę na Dziale i z góry widziałem przebieg bitwy. Nagle obserwator zameldował, że wozy z Niemcami i policjantami nadjeżdżają. Czekający wybiegli z ukrycia, padł)' strzały z obu stron. Niemą' i policjanci granatowi skoczyli do rowów przydrożnych i otworzyli ogień. Ośmiu granatowych i dwu Niemców stanowiło znaczną przewagę po stronie policji. SŁAWA z ludźmi zmuszony był wycofać się. Patrol SŁAWY wyszedł bez strat. Po stronie policji strzały zraniły Jocha i granatowego policjanta, który zmarł. Joch nie wrócił już na posterunek, policjanci granatowi zaczęli opuszczać służbę". *) Moje uzupełnienie. Za ten zamach mieli być powieszeni zakładnicy we wsi Blizne. Wtedy plut. Iskrzyński Edward ps. ŁAZIK skontaktował się z policjantem granatowym w służbie niemieckiej sier. Zamoszczakiem. który nocą. przed planowym wieszaniem zakładników przyjechał do mnie. niby przesłuchiwał mnie i oznajmił, że w razie potrzeby mam mówić, że iego zamachu dokonali Ukraińcy, których rozpoznałem, ponieważ uczęszczali do Brzozowa do Gimnazjum. Przebiegali obok mnie. kiedy pasłem krowę w polu. Byłem wezwany na przesłuchanie na Gestapo. Moim kłamstwom uwierzono i zakładników nie powieszono. Udało się. Matka Boska Starowiejska i Św. Michał czuwali nad Bliznem. Ja byłem jedynie narzędziem.
ZANIECHANA PACYFIKACJA Piotr Chęć Łukasz Switalski "Z walk na Podkarpaciu" str. 182- czytamy... "Pierwszy zrzut broni w pow. brzozowskim przyjęto 30 maja 1944 roku. Hasłem do tego zrzutu była piosenka "Hanuś moja Hanuś"... Okazało się jednak, że o zrzucie dowiedziało się gestapo... Kiedy po przyjęciu zrzutu "Profesor" i "Inżynier" odpoczywali na kupce kamieni przy drodze od strony Brzozowa nadjechała bryczka z gestapowcami, zaprzężona w parę siwych koni. (Widziałem dokładnie. Było to 31 maja 1944 roku około godziny 11,00 w przysiółku wsi Blizne zwanym Kogutki, w odległości około 200 m od mojego domu, na trasie Brzozów -Domaradz). Dwaj gestapowcy zatrzymali konie, wyskoczyli z bryczki i zażądali od siedzących kenkart. "Profesor" i "Inżynier" powstali lecz zamiast kenkart błyskawicznie wyciągnęli pistolety i otworzyli ogień zabijając legitymujących ich gestapowców. Trzeci, na bryczce, widząc co się dzieje, wyciągnął pistolet, wystrzelił, ale niecelnie. Sam w tym czasie został ciężko ranny. Przewieziony do szpitala w Krośnie, zmarł. Dzięki temu spotkaniu ów zrzut nie pociągnął za sobą represji i aresztowań., dane bowiem o zrzucie znał tylko szef gestapo, który już nie żył. Tyle Łukasz Switalski, z moimi poprawkami, ponieważ byłem naocznym świadkiem tego wydarzenia. A oto co nie zostało powiedziane ... Woźnica wiozący gestapo, w mundurze niemieckim, widząc co się dzieje popędził konie i skręcił na drogę wiodącą do Gołcowej (odległą około 250m). Kiedy zauważył, że nie jest ścigany i że zamachowcy szybko udali się w pole, zawrócił na miejsce zamachu. Ja będąc w pobliżu zwróciłem się do niego ze słowami: Zwei sind schon Todt, aber ein lebt noch - schnell zum Artz ( Dwóch już nie żyje, ale jeden jeszcze żyje - szybko do lekarza ) Jawohl - odpowiedział zdenerwowany. Pomogłem mu wpierw załadować rannego na bryczkę na tylne siedzenie, a następnie dwa trupy i wskazałem mu najkrótszą drogę do lekarza, przez Jasienicę Rosielna do szpitala w Krośnie. Niemiec zdenerwowany stracił orientację, że przecież do lekarza bliżej jest do Brzozowa. Tak za zrzut nie było represji ani aresztowań: Ale za zastrzelenie dwóch gestapowców i ciężkie ranienie szefa gestapo, który notabene zmarł, wieś Blizne miała być spacyfikowana. W dniu 31.05.1944 roku około godziny 20 przysłał do mnie plutonowy Edward Iskrzyński ps. "Łazik" gońca z poleceniem dla mnie osobiście, by w nocy czuwać już od wieczora koło domu. A kiedy usłyszę jakiś ruch na szosie bym udał się po wodę do studni położonej poza gościńcem na parceli Wojtowicza, (obecnie St. Jaszczura), bym obserwował każdy ruch i był przy tym bardzo os trożny ...? Nie miałem pojęcia o co tu chodziło, ale polecenie wykonałem. Podał mi też do wiadomości, że w razie jakichś ruchów on będzie w pobliżu w mundurze policjanta i skontaktuje się ze mną. ale w odpowiednim czasie. Niczego nie rozumiałem... Zdziwiło mnie to ponieważ wiedziałem, że Iskrzyński z Budrykiem porzucili służbę w granatowej policji u Niemców, zabrali broń na posterunku Żandarmerii Niemieckiej w Brzozowie i przeszli do AK. Czuwałem więc przy domu ze wzrokiem skierowanym na główny gościniec. Około godziny 22.30 na wysokości 'Starowiejskiego cmentarza zauważyłem kolumnę samochodów (w linii prostej około 4 km) posuwającą się w kierunku Bliznego. Po paru minutach samochody te zatrzymały się przed potokiem , obok przysiółka Czubówka i wygasiły światła. Ruch ustał. Po chwili usłyszałem przyciszone głosy ludzi i wreszcie zapanowała cisza. Trwało to dość długo zanim usłyszałem kroki oddziału pieszego wyłaniającego się z ciemności, maszerującego w kierunku "Działu Kogutki". Było pochmurno i słaba widoczność. Widziałem tylko ciemną masę poruszającą się po szosie zdążającą w moim kierunku. Wziąłem konewkę na wodę i poszedłem do studni oddalonej 200 m od domu. Uczucie niepewności ogarnęło mnie kiedy miałem przejść ostatnie 50 m w kierunku zbliżającej się ciemnej masy ludzkiej. Kiedy skręciłem na mostek usłyszałem biegnących w moim kierunku ludzi i wołających : " Halt! halt! " Zanim dobiegli do studni ja czerpałem konewką wodę tzw. kulką bo wiadra tam nie było. Udawałem spokój i obojętność, ale bałem się okropnie. Tak, bałem się! Wkrótce otoczyło mnie trzech ukraińskich, dwóch polskich policjantów i jeden żołnierz niemiecki. Przybyły gestapowiec rzuca mi pytanie : "Was macht du da bei Nacht ? ( Co tu robisz po nocy ? ) "Czerpię wodę" - odpowiadam po niemiecku. "Teraz w nocy potrzebna jest panu woda?" - już nie "du" -ty, lecz "Sie" -pan. -Żona jest chora i muszę dostarczyć wody - odpowiedziałem. "Es ist doch schade, kein Zeit" (szkodą nie ma czasu) powiedział już do siebie odwrócony do mnie tyłem. Chyba myślał o pacyfikacji. Tymczasem cała grupa zatrzymała się na wysokości mostka prowadzącego do studni. Ja nie strzeżony już przez nikogo, bo wszyscy udali się do grupy stojącej na gościńcu zabrałem konewkę i poszedłem w ich kierunku, jakkolwiek mogłem iść na drugi mostek oddalony od nich o jakieś 20 m. Nie chciałem okazać, że usiłuję ich unikać i odejść bokiem. Szedłem więc w ich kierunku z duszą na ramieniu a zasłyszane słowa "Es ist doch schade kein Zeit", wirowały mi w myślach. Nie wiedziałem do czego się odnoszą. Niech nikt nie udaje bohatera i nie chwali się, że przy spotkaniu z gestapo zachował zimną krew. W takich sytuacjach każdy odczuwa przeokropny strach. Gdy wszedłem na gościniec przed front tej groźnej bandy, wyłonił się z tej grupy jeden gestapowiec, zapewne komendant bo dystynkcje pomimo ciemności błyszczały, chociaż nie mogłem ich rozeznać z powodu ciemności i strachu. Tak, ze strachu co mnie czeka? "Wo wohnst du?" (Gdzie mieszkasz?) zapytał gestapowiec. -Tu obok w drugim domu- odpowiedziałem, a myśli wirowały -zastrzeli czy nie zastrzeli. -To pan pomógł załadować na bryczkę rannego oficera?- pyta Niemiec. - Tak jest i dwa trupy - odpowiadam. - Co pan widział tu w dzień? - zapytał wskazując ręką na pryzmę kamieni. - Dwóch bandytów zastrzeliło dwóch niemieckich żołnierzy, a trzeciego, którego ciężko ranili jeszcze żył, ale stracił przytomność - odpowiedziałem. - Jednego z bandytów rozpoznałem. On uczęszczał tu w Brzozowie do Gimnazjum - wyjaśniłem. "Ja so wer war das" - wykrzykuje rozanielony gestapowiec (Tak, tak, kto on był ?). -Jego imię, nazwisko i gdzie on mieszka - zapytuje podniecony odkryciem gestapowiec. - Gdybym mial zbiorowe zdjęcie z tych czasów, to mógłbym go rozpoznać i wskazać.- - Tak, będziemy mieli zbiorowe zdjęcie i tego ptaszka schwytamy. - powiedział chełpliwie gestapowiec i zwrócił się do swojej załogi ze słowami: "Ten jest niewinny. On jest zasłużony, my go potrzebujemy. On jest wolin' i jego dom." Następnie zwrócił się do mnie ze słowami : "Nehmen Sie die Wasser-kanne und gehen Sie zu Hause." (Bierz pan konewkę i idź pan do domu). Szybko wykonałem polecenie, a kiedy znalazłem się na mostku przy drodze do mojego domu, usłyszałem słowa komendy wypowiedziane przez gestapowca: "Pacyfikacja odwołana. Zieloną rakietę wypuścić i powrót." Nie poszedłem do domu, ale poza dom i nadsłuchiwałem co się dzieje. Usłyszałem warkot zapuszczanych silników. Po chwili znowu zauważyłem koło cmentarza starowiejskiego kolumnę samochodów ale oddalającą się w kierunku Brzozowa. Za jakieś pól godzin) zjawił się zmęczony i jeszcze mocno zdenerwowany plutonowy Iskrzyński w mundurze granatowego policjanta i powiedział: "Udało się burzę zażegnać. Pacyfikacja nie doszła do skutku". -Tak- odpowiedziałem - udało się, ale mnie pan wprowadził w wielkie niebezpieczeństwo -. Opowiedziałem mu przebieg sytuacji w jakiej się znalazłem, moje wprowadzenie w błąd komendanta gestapo i jak okazało się wiarygodne dla niego. Ale iie strachu mnie to kosztowało tego nie da się określić. Nie mogłem pana poinformować ńa co się zanosi, bo mógłby pan nie dostosować się do poleceń i ulotnić się z domu. A my wraz z granatowym policjantem Zamoszczakiem (będącym jeszcze w służbie niemieckiej) mieli nadzieję, że pan przy tej znajomości niemieckiego jakoś sobie poradzi. Tak się też stało, a nawet lepiej aniżeli przewidywaliśmy. Uratował pan Blizne od pacyfikacji, a wiara uchroniła cię od złej przygody. To Matka Boska i Święty Michał ocalili Blizne. To Matka Boska Starowiejska i Święty Michał włożyli w moje usta słowa, które wypowiadałem do gestapowca. "W czasie represji niemieckich na ludności, łapanek, wywożenia na roboty do Niemiec, mieszkańcy Jasienicy Rosielnej zwykli byli mówić: "Stara Wieś ma Matkę Boską w Cudownym Obrazie, Bliźnianie mają Świętego Michała w Kaplicy na Górze, a my nic nie mamy i nie ma nas kto bronić". W książce "Barokowa Kolegiata w Brzozowie" str. 54 czytamy: ...Gdy do Marii Jakubskiej przyszła spłakana Helena Anton z wiadomością, że syn pisał z Oświęcimia i na pewno już go w życiu nie zobaczy, otrzymała zdecydowaną odpowiedź: Antoniowo, twój syn wróci. Ja za Jakubskiego, Piecucha, Salamaka, Germańskiego i twego syna modlę się do Maiki Starowiejskiej i będę wysłuchana". Wszyscy wymienieni wrócili szczęśliwie do domu. Zaprosiłem do domu plut. AK Edwarda Iskrzyńskiego ps. "Łazik" - kierownika komórki wywiadu przy brzozowskim obwodzie AK. Przy posiłku opowiedział mi o szczegółach planowanej przez gestapo pacyfikacji. Oto jego relacja: Na oczach spędzonej ludności zakładnicy mieli być powieszeni, a następnie cała wieś spalona. Potrzebne szubienice były przygotowane na samochodach i miano je zainstalować w ostatniej chwili na "Dziale Kogutki". Po egzekucji dokonanej na zakładnikach, sprowadzonych siłą "widzów" na to "widowisko" zamierzano rozpędzić, a do uciekających strzelać. Wystrzelenie czerwonej rakiety było umówionym hasłem do podpalenia wsi we wszystkich punktach jednocześnie. Zorganizowane to było następująco: Trzy grupy podpalaczy, po pięciu Ukraińców w jednej grapie zajęły stanowiska po drugiej stronie od głównej szos}, za rzeką Stobnicą, w następujących punktach wsi: pierwsza grupa od Folwarku, druga kolo domu Zakonnic, a trzecia od przysiółka Rola w Bliznem. Po strome głównej szosy prowadzącej do Brzozowa w kierunku Domaradza były rozmieszczone cztery grupy podpalaczy. Pierwsza na przysiółku wsi Blizne zwanego "Czubówką", druga gnipa obok kościoła w Bliznem (nie zostało ustalone, czy kościół też mia! być podpałom), trzecia grupa na tzw. "Dworskiej Górce", a czwarta miała objąć resztę wsi Blizne od krzyżówki (drogi prowadzącej do Jasienica) do końca wsi po Domaradz. Z tym jednak, że podpalenie planowano zacząć na przysiółku "Kozia Górka". Nie wiem, czy wieś miała być palona z całym inwentarzem żywym, czy też miano przyzwolić, by ludność żywy inwentarz mogła wypędzić na pole. Wiem tylko, że do pojawiającej się na przedpolu ludności miano strzelać. Po rozmowie na różne temat}* przebrał się w cywilne ubranie, mundur zapakował do worka i odszedł w kierunku Golców ej. Przez kilka dni oczekiwałem na wezwanie do gestapo, by ze zbiorowego zdjęcia maturalnego rozpoznać i wskazać "bandytę", który zastrzelił gestapowca. Po paru dniach Iskrzyński dał mi znać, że komendant gestapo został przeniesiony do innej miejscowości i chyba nikomu nie zlecił sprawy zdobycia zbiorowego zdjęcia maturalnego dla rozpoznania zamachowców. *) Piotr Chęć dowódca plutonu AK w Bliznem a następnie kompanii w batalionie "WTRA" - Placówka Domaradz. NIEMIECKA BLOKADA W BRZOZOWIE Adam Piecuch Rok 1944 Komunikaty niemieckie z frontu donosiły o "skutecznym odrywaniu sił od nieprzyjaciela". Wzrosły nadzieje mieszkańców na rychłe pokonanie okupanta. "Goniec Krakowski" - dziennik Generalnej Guberni redagowany przez władze niemieckie dla polskiego społeczeństwa nie mógł ukryć klęski. Stał się nawet źródłem cennych informacji. Ostatnie jego numery dotarły do Brzozowa 20 lipca. W tym czasie o świcie, z oddali dochodziły odgłosy wojny. Szeptem podawano wiadomość o pakowaniu się poczty brzozowskiej. Idąca przez Brzozów z Jaroslawia kilkunastoosobowa grupa junakow (organizowane oddziały robocze z rocznikow przed i poborowej młodzieży polskiej, dozorowane przez Niemców i Ukrainców) informowała, że Niemcy spalili tarm most, a im pozwolono się rozejść. Na szosie zaczęły pojawiać się kolumny uciekających do Reichu, niegdyś butnych, teraz skruszonych, chociaż zasobnych w zrabowane dobra Niemców i Volksdeutschow. "Zdobywcy dwóch kontynentów" przedstawiali godny pożałowania widok. W końcu lipca emocje mieszkanców Brzozowa oczekujących rychłego wyzwolenia zwiekszały się w miarę nadchodzących wiadomości o szybko zbliżającym się froncie wschodnim. Potwierdzały to słyszane coraz wyraźniej odgłosy dział. Obawy o skutki starcia się walczących stron budziła zakwaterowana w mieście i okolicy dywizja Beukanen Korps. Niegdyś duma faszyzmu teraz zdziesiątkowana, wioząca na 22 ciężarówkach zrabowany dobytek. Zajęli wszystkie większe budynki miejskie, domy prywatne, stodoły, podworza. Pospiesznie przygotowane okopy, obok reflektor przeciwlotniczy usytuowany w ogrodzie bursy- ( Osrodka Szkoino- Wychowawczego) nie wróżyły nic dobrego dla mieszkanców Brzozowa. Gorączkowa. atmosferę tych dni potęgowało pełne zdenerwowania zachowanie się władz niemieckiech. Zdradzało je masowe rekwirowanie rowerów, furmanek, wywożenie zboża z okolicznych magazynów, opróżnianie Kaufhausu i Torhowli, ustawienie broni maszynowej na wieży kościoła. Zarządzono zwiększenie obywatelskich wart nocnych z nakazem uzbrojenia się w siekiery i laski dla obrony miasta przed "bandytami i dywersantami". Pilnowano dokładnego zaciemnienia okien. Zakazano chodzenia grupami. trzymania rąk w kieszeniach itp.
Od zachodu Niemcy okopali się koło kapliczki św. Stanisława Kostki. "Tygrysy" ukryte w Bogińskich Dolach i w sadach na wierzchowinie, dziś okolice Nadleśnictwa, dawały pancerną osłonę południowym i północnym placówkom. Od północnej strony Brzozowa utworzono dwa miejsca oporu. Kiłku mieszkańców zmuszono do wykonania okopów na północnym wzgórzu Potoka -obecna ul. Konopnickiej, powyżej samotnie rosnącego dębu, a niżej Starowiejskiej "debrzy". Drugim od północy i wschodu miejscem wybranym dla okopów był kurhan konfederatów barskich przed cmentarze starowiejskim. Dodatkowe wsparcie ogniowe zapewniaj czołg ukryty w zakolu Stobnicy, oraz trzy tankietki stanowiące jednocześnie zaporę wschodnią. Były one ukryte między domami przy dzisiejszej ul. Legionistów w posesji Kościelnych, a dalsze dwie po przeciwnej stronie . drogi w pobliżu kuźni. Dodatkową siłę ognia posiadał _ czołg z obciętą lufą, stojący w mieście, dziś plac przed remiza. Dużym zagrożeniem dla miasta były składy amunicji i paliwa rozlokowane w pewnej odległości od pozycji obronnych. Były one poukrywane w stodołach w różnych częściach: miasta np. na Potoku, w podwórku kamienicy przy ul. Kościuszki 23. w stodole na Grobli dziś ul. Kościńskicgo itp. Padły strzały. Pierwszym pociskiem zapalono dom Jajków, przy rogu cmentarza. Prawdopodobnie w ten sposób zwiększono pole widzenia na tym odcinku. Powstał wspomniany wcześniej pożar w Starej Wsi. Kilka pocisków przeleciało ponad starowiejskim kościołem . Jeden trafił w wieżę, drugi w mur kościoła. Jeden z braci zakonnych wyniósł rozżarzony odłamek pocisku, który wpadł przez dach na wypełniony sianem budynek gospodarczy. Powstający w tym miejscu po/ar ugaszono w zarodku. W godzinach popołudniowych jeden z wozów pancernych przyjął pozycję na rozwidleniu dróg koło cmentarza i otworzy! ogień do nadjeżdżającej z kierunku Przysietnicy kolumny samochodów radzieckie);. Cztery pierwsze wozy zostały rozbite. Dwóch żołnierzy zabito. Reszta zdążyła przyjąć pozycję obronną w najbliższych rowach i okolicy dzisiejszych magazynów materiałów budowlanych. Wzmógł się obustronny ostrzał artylerii pancernej i granatników. Na miasto spadły pierwsze pociski. Ludność szukała schronienia w solidniej szych piwnicach. Większość wybrała przestrzeń otwartą, kryjąc się w wąwozach, jarach, porośniętych potokach zmieniając miejsca w zależności od kierunku padających pocisków. Brzozowiakami zaludniły się Humniska, Turze Pole, Zmiennica. Samoloty radzieckie zrzuciły kilka "małokalibrówek". Spłonął dom na Potoku i w centrum miasta. Wybuchł duży pożar w Przysietnicy , z której ludność z żywym inwentarzem szukała schronienia w Golcowej. (Mówiło się, że był to odwet za rozbrojenie kilku i zabicie jednego żołnierza niemieckiego oraz potyczkę z oddziałem koło willi na Jakli). Pod osłoną ostrzału z tankietek, broni ręcznej z zarośli i brzegów Młynówki, niemiecka piechota przeprowadziła kontratak w kierunku Widacza i tartaku (dziś młyn). Zaskoczeni, tak silną obroną żołnierze sowieccy wycofali się w kierunku Młynek, gdzie były już zgrupowane znaczne ich siły. Próba wejścia do miasta z marszu nie powiodła się. Z nastaniem nocy strzały ucichły. 31 lipca - poniedziałek. Przez noc Niemcy znacznie wzmocnili swoje prowizoryczne stanowiska obronne. Poranna cisza ośmieliła niektórych mieszkańców do opuszczenia miejsc schronienia i ostrożnego powrotu do domostw. Wymieniane były spostrzeżenia. Najwięcej informacji dotyczyło penetrujących okolicę zwiadowców radzieckich. W lesie zdrojowym pełno było konnicy sowieckiej. Poniżej okopów niemieckich, koło kaplicy św. Stanisława (dziś osiedle) o świcie przesyconym mgłą weszli na siebie, omijając kopę zboża, żołnierz niemiecki idący w dół po wodę i zwiadowca radziecki podchodzący do góry. Zaskoczenie było tak duże, że nie wszczynając alarmu ani walki wycofali się obydwaj. Przed południem, przy grupie okolicznych mieszkańców ukrytych za murem placu kościelnego w Starej Wsi , zatrzymał się motocykl z trzyosobową załogą radziecką. Mimo otrzymania dokładnych danych o usytuowaniu posterunków niemieckich koło kurhanu konfederatów, zwiadowcy nie pomni na przestrogi postanowili osobiście sprawdzić uzyskane informacje. Na wysokości cmentarza parafialnego zostali powitani silnym ogniem broni ręcznej. Zdążyli jednak zatrzymać się i ukryć w rowie po przeciwnej stronie szosy. Dwukrotnie wyskakując z ukrycia, pod ostrzałem tym razem karabinu maszynowego, usiłowali nawrócić i zapalić ciężki motocykl z przyczepą. W tym czasie dwaj zostali ciężko ranni. Nie przeżyli próby wycofania się. Do osób obserwujących to zdarzenie zza muru ogrodzeniowego kościoła powrócił jeden z trzyosobowego zwiadu. Pozostawiony na szosie motocykl Niemcy podpalili, uprzednio rozbijając kolbami bak z benzyną. Obserwując to ocalały zwiadowca wpadł w rozpacz. Przyrzekał pomścić stratę. Po południu inny konny zwiadowca zebrał dokładne wiadomości o placówce niemieckiej i oddalił się w kierunku Malinówki. Słyszane w nocy detonacje w okolicy Brzozowa trzymały w napięciu mieszkańców miasta, ukrytych w piwnicach i okolicznych wioskach. 1 sierpnia - wtorek, przed południem. Ostrzeliwaniem właściwych i domniemanych pozycji niemieckich rozpoczęło się przygotowanie do natarcia. Tym razem więcej pocisków rozrywało się w mieście aniżeli z niego wystrzeliwano. Mieszkańcy w popłochu powracali do swych kryjówek, często musieli je zmieniać ze względu na kierunek nadlatujących pocisków7. Jednym z pierwszych strzałów7 zlikwidowano posterunek niemiecki na wieży kościoła. Pociski leciały od strony Przysietnicy, Łazienek i Podlesia. Po południu, pod osłoną rozrywających się pocisków, piechota sowiecka ruszyła do ataku. Ogniem kierowanym z cmentarza i pobliskich tankietek Niemcy zatrzymali tyralierę idącą od strony Młynek i Przysietnicy. Zaporowy ogień z Horybka powstrzymał żołnierzy idących od strony Jakli Wielkiej, a obrona rozlokowana od strony parku wzdłuż dzisiejszej ulicy Cegłowskiego po Bogińskie Doły i kapliczkę św. Stanisława Kostki, udaremniła oskrzydlający manewr "spieszonej" kawalerii posuwającej się od lasu Doliną Fugasowego Potoka. W bitwie o Brzozów zginęło kilkudziesięciu żołnierzy sowieckich. W latach 1951-1953 ekshumowano w najbliższej okolicy miasta zwłoki 20 żołnierzy. W kilka lat później podczas przygotowania terenu pod sad zakładany przez PGR WIDACZ wykopano sześć ludzkich czaszek. Określono je wówczas za żołnierskie z czasu bitwy o Brzozów. (Przyszłość może ujawnić inną prawdę). Przed wieczorem wszystko ucichło. Zachowanie się Niemców budziło różne i sprzeczne domysły. Słyszany w nocy huk motorów, łuny i strzały w okolicach Domaradza i Izdebek pozwalały domyślać się próby wyjścia z okrążenia. Dopiero w kierunku na południe udało się Niemcom opuścić Brzozów. 2 sierpnia - środa rano. Bez przygotowania artyleryjskiego, od strony Łazienek i Przysietnicy mszyły tyraliery żołnierzy sowieckich. Oporu już nikt nie stawiał. Brzozów był wolny od okupanta niemieckiego. Dzięki temu. że na mias o strzelano przeważnie z granatników straty jak na tak gęsty ostrzał były stosunkowo małe. Najwięcej ucierpiały dachy pokryte dachówką. Blacha na wielu domach była podziurawiona. Był} przypadki, że pociski wpadały jednym, a wypadały drugim oknem po przeciwnej stronie, nic wyrządzając większych strat w pomieszczeniach. Wiele drewnianych budynków gospodarskich na obrzeżach miasta tylko dlatego się nie zapaliło, ponieważ wybuchający pocisk w pobliskim oborniku czy kałuży obrzucał ściany mokrą masą. W sumie spaleniu uległo siedem budynków. Były to na Potoku: stodoła i domy Piotra Kościńskiego, Jana Gadamskiego, Wiktorii Anton. W centrum miasta spaliła się kamienica Bielawskiej, a kolo cmentarza drewniany dom Jajków. W mieście pani Żcłaznowska straciła nogę, a ciężko ranny Ignacy Mrozek zmarł. Do tych strat musimy dodać późniejsze wypadki z niewypałami. W ich wyniku zmarł w 1946 roku siedmioletni Leopold Śliwiński, a kilku młodych chłopców odniosło ciężkie obrażenia. Jedynie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności nie doszło do tragedii w pewnym mieszkaniu przy tynku. Przebywający tam Niemcy pozostawili wmurowane w ścianę granaty. Dwa tygodnie mieszkanki wykorzystywały wystające zapalniki jako wieszaki. Ktoś z odwiedzających rozpoznał pułapkę i granaty szczęśliwie rozbrojono. Od wybuchu miny-pulapki w formie wiecznego pióra znalezionego przy remoncie sali Sokoła w 1945 roku zginął we własnym domu jeden z robotników ze Starej Wsi Patryn Tadeusz. Powracającym do swych domów mieszkańcom, przykre wrażenie sprawiał widok pustych, bez szyb okien, zgrzyt miażdżonego pod stopami szkła, a w mieszkaniach ślady pobytu obcych żołnierzy, nierzadko ślady krwi i używanych opatrunków. Wrażenia te szybko mijały wobec konieczności nawiązania dialogów w nowym języku.
WYZWOLENIE Kontakty nawiązywano dość szybko, szczególnie przy szklance bimbru. Ci Polacy, którzy zetknęli ślę z Armią Czerwoną w 1939 roku stwierdzali nieporównywalne zmiany w wyposażeniu i umundurowaniu radzieckiego wojska. Na uwagi, że korzystają z dużej pomocy amerykańskiej, o czym świadczyły znaki USA na wielu przedmiotach, żołnierze zaprzeczali, z dumą tłumacząc, że znaczy to "U- Ubijut S- Sukinsyna A- Adolfa". Oficerowie polityczni wykorzystywali każdą okazję do propagandy na rzecz Batki Stalina i jego wspaniałomyślnym utworzeniu PKWN. Stwierdzali, że londyński rząd "zdradził" i nie wróci do Polski. "Za nami idzie Wojsko Polskie"- to prawie pierwsze słowa wypowiadane na powitanie. Jednakowo brzmiące zdania na tematy polityczne u szeregowców i oficerów zdradzały zakaz swobodnego wypowiadania własnych opinii. W rzadkich rozmowach sam na sam padały stwierdzenia "Wam Polaczkom nie można wierzyć". Zdradzało to kierunek kształtowanego przez ich dowództwo stosunku do Polaków. Argument, że jedynie Polacy nie wystawili w tej wojnie nawet symbolicznego oddziału przeciwko ZSRR, podczas gdy zrobiły to wszystkie podbite przez Hitlera państwa z Ukrainą włącznie, wprowadzało rozmówcę w kłopotliwe osłupienie. "U nas wsio mnogo" kłóciło się z dopytywaniem o własność domów, gospodarstw, inwentarza. Posiadanie własnego zbioru książek lub więcej jak jedno ubranie, wprowadzało w zdumienie nawet wyższych rangą oficerów. W rewanżu za przyjacielskie traktowanie, kwaterujący żołnierze czy oficerowie w wielu przypadkach ostrzegali gospodarzy domu przed kim z odwiedzających kwaterę nie należy zbył szczerze wypowiadać poglądów politycznych. Wśród części Polaków zaczął kształtować się pogląd, że powrót tak dużej armii ludzi obserwujących życie na zachodzie Europy musi doprowadzić do refom tego reżimu komunistycznego, jaki znany był Polakom z wydarzeń po 17 września 1939 roku. Nie sądzono, że Stalin w przewidywaniu takiej sytuacji zorganizuje kwarantannę dla swoich żołnierzy powracających z Zachodu. Taki obóz powstał między innymi w Łańcucie. Kobiety - mieszkanki Łańcuta przez druty kolczaste podawały jedzenie głodzonym zwycięzcom spod Berlina. Wielu z nich zamiast do domów zostało skierowanych do obozów pracy daleko od rodzinnych stron. Dionizy Garbacz, Andrzej Zagórski "W kleszczach czerwonych". Ze wspomnień St. Kądziela ps. "Lech" członka AK wywiezionego w 1944 roku na półwysep Tąjmyr do miejscowości Norylsk (str. 147). "W naszym obozie był pilot sowiecki, który w czasie wojny latał na myśliwcach, zestrzelił kilkanaście samolotów niemieckich, był kilkakrotnie odznaczany. Urlopowany za zasługi poszedł na festyn. Pytany przez dziewczęta o życie w Polsce, w Niemczech, na Węgrzech, chwalił, że w tych krajach jest dobrze i jest wolność. NKWD przebrani po cywilnemu podsłuchali te rozmowy. Został aresztowany, zdegradowany i zesłany na 10 lat ciężkich robót. Prawdopodobnie stamtąd nie wrócił.
NOWE RZĄDY Na czas zatrzymania się frontu na linii Sanok - Haczów - Korczyna, w Brzozowie jako mieście przyfrontowym władzę sprawował mjr. Smirnow. Dnia 19 sierpnia 1944 roku na zwołanym przez siebie zebraniu obywatelskim, wezwał do złożenia wszelkiej posiadanej broni, otwarcia sklepów, warsztatów, do wznowienia wszelkiej działalności przez urzędy, instytucje, organizacje. Uorganizowano: Urząd Bezpieczeństwa, Milicję Obywatelską, władze miasta. Powołana Rada Oświatowa przystąpiła do organizowania szkolnictwa. Kontynuowały swoją działalność Cech Rzemieślniczy i PCK. Reaktywowały się: Towarzystwo Gimnastyczne "Sokół", ZHP, Liga Kobiet". Z prowizorycznie ustawionej sceny w Ratuszu już we wrześniu płynęły słowa zawołania zespołu amatorskiego, inaugurującego swą działalność rewią pt. "Qui pro Quo": Jeszcze dzień, jeszcze dwa, Wszystko na świecie swój koniec ma, Było nam źle, to będzie lżej. Jutro będzie lepiej. O key. Atmosferę tych pierwszych dni i lat pełną zaangażowania, inicjatyw społecznych, przypomina w swych wspomnieniach z Brzozowa p. Emilia Preidl, pierwsza po wojnie przewodnicząca Ligi Kobiet. ...Zorganizowałyśmy się szybko. Sekretarką została p. Bajakowa. Przypominam sobie jedynie: Jadwigę Piecuchową, Olszewską, Nowicką, Ryszową i Więckowską. Pierwszą naszą czynnością była opieka udzielana uciekinierom ze Wschodu. Były to paczki przygotowywane w ilości około 150 sztuk, doraźne zapomogi, a przede wszystkim zlokalizowana w szkole kuchnia. Prowadziła ja p. Bednarska. Dzieciom przystępującym do Pierwszej Komunii Świętej Panie z naszego Koła uszyły z materiału, który dostarczył ks. Kociak Ignacy (UNRRA) około 35 sukienek i tyleż samo ubranek dla chłopców. Uczestniczyłyśmy w tej uroczystości. Dzieci otrzymały od nas medaliki z grawerowanym napisem: "Pamiątka od Ligi Kobiet". (Warto je odnaleźć). Było też śniadanie organizowane przez nasze Panie. Podobnie dla innych podopiecznych organizowałyśmy wspólne "opłatki" i "święcone". Zorganizowana w okresie letnim półkolonia na Widaczu objęła opieką 50 dzieci. Niewystarczający na to wszystko fundusz otrzymywany od Z. Woj. z Rzeszowa i od ks. Kociaka (UNRRA) powiększałyśmy akcją zbiórkowo - imprezowa. Na rzecz dzieci przed Pierwszą Komunią Świętą organizowano kwestę przed kościołem. Dochód z zabaw i festynów zasilał budżet kuchni. Zdjęcie u państwa Olszewskich na Widaczu, wykonane podczas pożegnalnego wieczorku przypomina mi ten miły i bardzo pracowicie spędzony czas w Brzozowie... Życie nabierało nowych barw. Odbudowano to, co w sensie fizycznym i niematerialnym zniszczyła wojna i okupacja hitlerowska. DĄŻENIA A RZECZYWISTOŚĆ 0 ile widok uciekających okupantów w stalowo-zielonych mundurach dawał poczucie wolności i wyzwalał energię gojącą rany wojny, to napływające wiadomości o poczynaniach NKWD-KGB demaskowały fałsz propagandy sowieckiej. Zgodnie z pierwotnymi założeniami akcji "BURZA" o powszechnym powstaniu, uczestniczące w nim jednostki AK powinny były się ujawnić i w imieniu rządu londyńskiego występować w roli gospodarzy- na terenach zajmowanych przez Armię Czerwoną. Z relacji por. Piotra Chęcią dowódcy kompanii z bat. "WIRA". Opracowanie redakcyjne. Pierwsze oddziały Armii Czerwonej zjawiły się na terenie Bliznego w dniu 28 lipca 1944 roku rozbijając trzy czołgi typu Tygłys na Dziale Kogutki. Kpt. Józef Cząstka ps. KOTWICZ zamierzał ujawnić cały obwód i przyłączyć się do działań bojowych z Armią Czerwoną przeciw okupantowi niemieckiemu. W tym celu w mundurze wojskowym przy szabli szedł do Golcowej, by kwaterującemu tam gen. Koniewowi oznajmić gotowość współdziałania. Mjr. Wojciech Dudek i adwokat Kęcki - obaj Pełnomocnicy Rządu Londyńskiego na pow. Brzozów zawrócili go z tej drogi, mając już sprawdzone wiadomości, że NKWD na terenach Wschodnich aresztuje i wywozi do Łagrów ujawniających się AK-owców. Podobnie wg. relacji łączniczki Marii Skabowskiej kpt. Ignacy Wanic JAKSA- zastępca kpt. J. Cząstki podjął rozmowy z gen. Baranowem kwaterującym we wsi Orzechówka. Po pierwszym spotkaniu rozmowy przerwano. Rozkaz Kom. Obwodu kpt. J. Czajtki o odwołaniu akcji "Burza" łączniczka "Biruta "- Bronisława Płonka natychmiast przekazała St. Węgreckiemu Dowódcy Placówki Domaradz. Ten przesłał go gońcem do Woli Jasienickiej, gdzie w ramach akcji "Burza" w miejscu koncentracji, w lesie, dobrze uzbrojone Plutony Blizne i Golcowa czekały na dalsze rozkazy. Tak wspomina drogę powrotną z miejsca koncentracji Aleksander Myrta -oficer łączności w Plutonie Golcowa. "Podobnie jak wymarsz, szlak powrotny prowadził ścieżkami, bocznymi drogami z wykorzystaniem załamań terenowych, wąwozów, zarośli i lasów. Obciążeni bronią, głodni, bo zapasy żywieniowe wyczerpały się jeszcze w miejscu koncentracji, doszliśmy do lasu pod Młodzież (teren między Starą Wsią a Golcowa). Powiadomione członkinie AK m.in. Katarzyna Siwak i łączniczka Janina Gierula donosiły pożywienie naprędce przygotowane przez rodziny ubywających swój powrót żołnierzy- powstańców. Dopiero pod osłoną nocy AK-owcy wrócili do domu. W niedługim czasie władze radzieckie wszczęły poszukiwania broni i ich właścicieli. Mimo wielokrotnych obław i zasadzek w początkowym okresie nikogo z AK nie złapano. Mieli doskonale zamaskowane schrony i skrytki. Na naszym terenie jeszcze podczas działań frontowych, w Górkach zostali. Powrót do domu żołnierzy Bliźnieńskiego Plutonu spowodował jego dekonspirację w oczach mieszkańców wsi, nieświadomych konieczności zachowania pełnej dyskrecji i tajemnic}' w tych sprawach. Reszty dokonał doskonale prowadzony, świetnie zamaskowany wywiad NKWD. Nocą, 14 listopada NKWD, przy pomocy rodzimego PUBP, zorganizowało tak często w naszej historii powtarzającą się "brankę". aresztowani przez NKWD żołnierze AK Jan i Tadeusz Podulka. Tadeuszowi udało się zbiec, Jana podczas próby ucieczki zastrzelono. Ta pierwsza ofiara NKWD figuruje w rejestrze zbrodni popełnionych przez hitlerowców. MATERIAŁY KONTRWYWIADU 38 ARMII FRONTU UKRAIŃSKIEGO Andrzej Daszkiewicz (Przedruk z dziennika "Nowiny" Nr 43 (13412) z dnia 3 marca 1993 str. 7) Zbierając materiały źródłowe do pracy dotyczącej konspiracji politycznej w Polsce południowo-wschodniej w latach 1944 - 1956, w archiwum rzeszowskiego Oddziału UOP otrzymałem -wśród innych- teczkę oznaczoną sygnaturą 71 "F", a zawierającą 227 kart dokumentów grupy operacyjnej "Smiersz" (Smiert) kontrwywiadu 38 Armii I Frontu Ukraińskiego stacjonującej w Brzozowie. Większość z tych dokumentów jest pisana ręcznie i trudna do odczytania. Natomiast pisane na maszynie nie sprawiają trudności w czytamu. Najważniejsza jest ich treść, którą bardzo skrótowa pragnę czytelnikom przedstawić. Dokumenty zgromadzone w teczce pod sygnaturą 71 "F" to głównie sprawozdanie naczelnika grupy operacyjnej majora Oleniczą skierowane do naczelnika oddziału kontrwywiadu 38 armii pułkownika Moskalenki i rzadziej do naczelnika kontrwywiadu frontu gen. lejtnanta Osietrowa. Ich treść jednoznacznie świadczy, że głównym zadaniem tej grapy- i prawdopodobnie i innych podobnych- było likwidowanie Armii Krajowej, oraz, choć w mniejszym stopniu, mchu ludowego związanego z Mikołajczykiem. Z instrukcji Moskalenki z 16 listopada 1944 roku wynika, że sprawozdania takich grup miały zawierać zestawienia: ilu akowców aresztowano, ilu zabito, ilu raniono, ilu schwytano żywych. Ważne były leż wiadomości o działalności AK, o przewidywanych antyakowskich przedsięwzięciach grupy, o ilości osadzonych przeciwników PKWN. W myśl tej instrukcji np. w sprawozdaniu za okres 14-19 listopada 1944 roku mjr. Olenicz donosił, że aresztowano 43 członków7 AK, w^ród których było 2 oficerów; 17 podoficerów, 24 szeregowców. Ponadto pisano o akcji likwidowania plutonu AK we wsi Blizne, kiedy to w nocy z 16 na 17 listopada aresztowano tam 41 ludzi. Wśród nich był, według sprawozdania dowódca plutonu por. Piotr Chęć, jego zastępca Edward Fic oraz dwóch dowódców drużyn. Wtedy też przeprowadzono śiedztwo i ustalono, że pluton AK w Bliznem liczył 64 członków i postanowiono uściślić miejsce zamieszkania tych, których jeszcze nie aresztowano. W sprawozdaniu podano też liczbę przejętej broni. Tragizm sytuacji podkreśla zawarta w tym sprawozdaniu informacja, że nie zanotowano na terenie powiatu brzozowskiego zbrojnych wystąpień przeciwko PKWN i Armii Czerwonej. Funkcjonowała tylko antypekawuenowska i antykomunistyczna propaganda. W omawianym dokumencie wspomniano, że "internowano w łagrze" o kryptonimie H-49 35 ludzi (1 oficer, 11 podoficerów i 23 szeregowy cis). Interesujące byłoby rozszyfrowanie miejscowości, w której ów lagier funkcjonował. Może któryś z czytelników potrafi to zrobić? Prawdopodobnie umiejscowiony on był w powiecie brzozowskim lub którymś z sąsiednich. Z następnych sprawozdań - a dotyczą one tylko 1944 roku- wynika, że grupa operacyjna kontrwywiadu Armii Czerwonej stacjonująca w Brzozowie, aresztowała wśród wielu innych, byłego komendanta brzozowskiego obwodu AK, Ignacego Wanica. Sprawozdania świadczą, że kontrwywiad miał dobre rozeznanie w strukturze i obsadzie personalnej AK obwodu brzozowskiego. W jednym z dokumentów znajdujemy informację o Józefie Czuchrze ps. "Orski", "Bogumił". W czasie okupacji niemieckiej będąc najpierw członkiem NO W. potem AK, był on jednym z bardziej znanych dowódców spośród działających na Podkarpaciu oddziałów partyzanckich. Według meldunku członka grupy operacyjnej "Smiersz" Bragina, w czasie przeprowadzanej akcji antyakowskiej w nocy z 5 na 6 listopada 1944 roku w Krośnie, Czuchra ciężko zranił pracownika radzieckiego kontrwywiadu i uciekł. I ten meldunek wyjaśnia pewną legendę dotyczącą "Czerskiego". Swego czasu opowiadał mi, że Czuchra aresztowany przez UB miał zabić w Przemyślu pracownika tego urzędu i uciec. Omawiane dokumenty świadczą, że grupa operacyjna udzielała fachowej pomocy organom bezpieczeństwa PKWN w organizowaniu agentur oraz w prowadzeniu śledztw i przesłuchaniach aresztowanych. Dla przykładu, sama ta grupa w okresie od 30 października do 4 listopada zwerbowała 2 agentów w Brzozowie i 4 w powiecie. Ciekawy jest przypadek jednego z dwóch agentów "rekomendowanych" przez grapę operacyjną organom bezpieczeństwa PKWN o pseudonimie "Wiera" (drugi agent nosił pseudonim "Michał", a nazwiska obu są znane autorowi). Jak można stwierdzić na podstawie dokumentu "Wiera" przybył do Polski albo w 1921 roku albo w 1931 roku. Trudno tę datę uściślić, bowiem tekst jest mało czytelny. Można przyjąć, że bardziej prawdopodobna jest data pierwsza. Osiedlił się on v. Sędziszowie i być może był już wtedy agentem kontrwywiadu bolszewickiego. W sprawozdaniu za okres 15 wrzesień- 1 listopad 1944 roku donoszono o likwidacji "szpiegowskiej" rezydentury AK działającej w Inspektoracie AK Jasło. Tutaj też pojawia się organizacja określana jako "ludowo-demokraty:czna partia" prolondyńskie Stronnictwo Ludowe o kryptonimie okupacyjnym "Roch". Sprawozdanie przedstawia dane o aresztowaniu członków tej partii i zarazem członków jej oddziałów7 wojskowych: Stanisława Anioła, szefa sztabu obwodu Straży Chłopskiej Tadeusza Wojtaszka (w sprawozdaniu podano, że był on zastępcą dowódcy7 obwodu Straży Chłopskiej BCh), LA. Obloja (określany jako dowódca grupy dywersyjnej). Aresztowania ludowców byty przygotowane przez sowiecką grupę operacyjną razem z "bezpieką" PKWN i przeprowadzono je 30 września 1944 roku. Nie udało się aresztować Wojciecha Dudka, dowódcy obwodu BCh i postanowiono dalej rozpracować środowisko ludowców. W teczce są dokumenty o przekazywaniu spraw aresztowanych Polaków, mieszkańców powiatu brzozowskiego do prokuratora wojskowego 38 armii. Można tu przykładowo podać sprawę Józefa Futymy z miejscowości Wola Górecka, aresztowanego za posiadanie karabinu i kilku granatów. W teczce znajdujemy też plan zabezpieczenia powiatu przed ewentualnymi wystąpieniami AK Min. miano prowadzić stałe patrolowanie terenu oraz dyżury w7 lokalach i budynkach, obsadzonych przez władze bezpieczeństwa w tym w więzieniu w Brzozowie, którego ochrona miała być wzmocniona w związku ze świętem 11 listopada. Sprawozdania grupy operacyjnej "Smiersz" cytują różne wypowiedzi Polaków na temat aktualnej sytuacji politycznej w wyzwolonej części Polski oraz na temat Armii Czerwonej. Wśród wypowiedzi wyrażających poparcie dla PKWN i ZSRR, wyrażających wdzięczność za "wyzwolenie", znajdują się i całkowicie odmienne. I trzeba zaznaczyć, że te drugie pochodziły głównie od inteligencji. Np. nauczycielka z Brzozowa stwierdziła, że nie chce by w Polsce "byli Rosjanie, bo przyniosą kołchozy, gdzie wszystko będzie wspólne", że "my Polacy bez państwa nie możemy żyć". Inna nauczycielka pytała o cel przyjścia "Ruskich" i zarzucała, że "wyzwolenie idzie im ciężko i Armia Czerwona stoi w miejscu przez parę miesięcy. A jeżeli przyszli w innym celu, to my Polacy w kołchozy nie pójdziemy. My chcemy, by Polska była niepodległa i silna". Z kolei chłop Roman Wojtowicz ze wsi Niebocko wypowiadał się za objęciem władzy w Polsce przez Mikołajczyka. Wydaje mi się, że podobne grupy operacyjne działały w każdym większym mieście (powiecie). Można stwierdzić, że w Przemyślu taką grupą kierował mjr. Giendelman, a w Krośnie kpt. Gumnienko. Dzisiaj, kiedy wiele ludzi stara się odnaleźć swych bliskich, zaginionych w czasie wojny i okupacji hitlerowskiej oraz po wojnie, być może, że dane osobowe zawarte w omawianej teczce ułatwią im rozszyfrowanie tajemnicy rodzinnej. ANDRZEJ DASZKIEWICZ W świetle powyższego artykułu, cytowane poniżej słowa oskarżenia pod adresem dowódcy bliźnieńskiego plutonu jako winnego "tragedii" żołnierzy AK, wypowiedziane przez jednego z Sybiraków do młodej redaktorki "Żaczka" wydają się być bezkrytycznie niesprawiedliwe. Są przykładem, jak w dobrej wierze pisany artykuł przyczynia się do utrwalania atmosfery- poróżniania celowo wytworzonej przez nowego okupanta i kultywowanej w czterdziestoleciu PRL. Cytat z art. zamieszczonego w kwartalniku młodzieży L.O. w Brzozowie "Żaczek" r. 1991. " Posłuchajmy P. Częczka. Początkiem udręki i czarnych przeżyć była noc 14 na 15 Xi 1944. Na zawsze zapamiętał jej przebieg. Pamięta jak opuszczał, zabierany przez NKWD, żonę i czteroletniego synka. Nie mógł się z nimi pożegnać. W ciemnej komorze, w której go umieszczono rozpoznał twarze współwalczących kolegów. Nikt nie rozumiał zaistniałych faktów. Przesłuchanie (to prawdziwe, z zadawaniem fizycznego bólu). Wiedzą, że ma broń. Nie ma już sensu myślenie o złożonej przysiędze. Oni wiedzą wszystko. Kiedyś może ujrzy gdzieś jeszcze twarz komendanta miejscowego ugrupowania - Piotra Chęcią. Najchętniej, z furią zdradzonego partyzanta, osobiście wymierzyłby sprawiedliwość." i dalej" ludzie biorący udział w działalności AK, jakby etapowo oceniają swój udział. Dzielą go na walkę czynną z okupantem i męki, gehennę, upokorzenie zadawane przez oprawców NKWD i UB. Jest i trzeci wymiar tragedii tych ludzi, który po wyzwoleniu nadała im nowa władza Polski Ludowej. Koło tych rozmów i spraw nie można przejść obojętnie. Po prostu to trzeba znać. To warto wiedzieć." Dopisek redakcji: W świetle ujawnionych faktów wiedza ta jest pełniejsza W następnym numerze naszych Zeszytów zaczniemy publikację nazwisk osób: aresztowanych, represjonowanych, szykanowanych, inwigilowanych przez reżim komunistyczny. WSPOMNIENIA Z ŁAGRU Michał Częczek Blizne 4 IV 1990 r. 14 listopada 1944 roku zostałem aresztowany przez NKWD w domu, w którym mieszkałem w Bliznem k/Brzozowa. Byłem wówczas żonaty, mieliśmy 4,5 letniego syna. Zabrano mnie w nocy do jednego z domów, gdzie urządzono punkt zborny wszystkich aresztowanych. Umieszczono nas w ciemnej komorze. Z chwilą, kiedy doprowadzono mnie, było już tam więcej kolegów podejrzanych o przynależność do Armii Krajowej. Następnie pojedynczo prowadzono nas na przesłuchanie. Kiedy wreszcie znalazłem się przed obliczem oficerów NKWD, zapytano mnie czy posiadam broń. Zaprzeczyłem. Po kilku uderzeniach kolbą karabinu w głowę, udowodnieniu mi, że wiedzą dokładnie o posiadanej przeze mnie broni i zagrożeniu konsekwencjami dla rodziny, zarzut potwierdziłem. Faktycznie miałem przydzieloną broń MPI. W organizacji pełniłem funkcję drużynowego. Wówczas wraz z dwoma żołnierzami polecono mi dostarczyć broń oficerom NKWD. Po przybyciu do domu chciałem koniecznie zobaczyć się i porozmawiać z żoną. Nie pozwolono mi, mówiąc, że za pól godziny wrócę do domu. Zona chciała podać mi bieliznę, jedzenie- również nie uzyskała na to zgody żołnierz}'. Tej nocy' w rękach NKWD znalazło się 41 członków naszej organizacji. W ciemności i deszczu zapędzono nas do odległego o 7 kilometrów Brzozowa. Zgrupowano nas w jednym pomieszczeniu. Tu pozostaliśmy aż do następnej nocy". W dzień zgłosiły się rodziny aresztowanych z żywnością i bielizną ale nikomu nie pozwolono na widzenie lub przekazanie czegokolwiek. Na następną noc załadowano nas do specjalnych samochodów, które prawdopodobnie służyły do przewozu więźniów. Do takich wydzielonych boksów wchodziło po dwóch więźniów, a pilnowało nas w aucie dwóch strażników. Po para godzinach dojechaliśmy do Przemyśla. Tu umieszczono nas w stajniach, gdzie przed wrześniem 1939 roku stacjonowała artyleria konna. Przez kilka dni zwozili z różnych stron pozostałych więźniów. Przeżyliśmy tu kilka dni w głodzie i chłodzie. Kiedy uzbierali już więźniów na transport (w/g mojego szacunku mogło nas wówczas być około 2.500), znów w nocy' załadowano nas na samochody i odtransportowano do pociągu. Do każdego mniejszego wagonu wchodziło około 40 więźniów, a do dużego 80 osób. Wagony nie miały żadnego okna. W celu załatwienia przez więźniów potrzeb fizjologicznych wycięto w podłogach wagonów otwór}' i zamontowano blaszany lej. Część więźniów załadowano jednej nocy, część zaś zabrało się w następną noc. Kiedy pociąg ruszył usłyszeliśmy strzały i zatrzymaliśmy się. Trwało to dłuższy czas, gdyż okazało się, że w którymś z wagonów więźniowie usiłowali oderwać deski i próbować ucieczki. Dwóch zbiegło, a jednego zastrzelono. O tym jednak dowiedziałem się już na miejscu w łagrze. Podczas postoju strażnicy wchodzili do każdego wagonu, badali stan podłóg i w celu zastraszenia bito nas, byśmy nie próbowali ucieczki. Każdego wagonu pilnowało czterech strażników, poza tym między sionych miejscach. Pamiętam, że nasz współwięzień- ksiądz nie chciał rozebrać się do naga, wówczas zamknęli go w ciemniej' za karę. Później rozpoczęto akcję odwszawiania odzieży. Odbyło się to w ten sposób, że polecono nam zebrać nasze rzeczy w węzły i umieścić w komorze, która później została nagrzana do wysokiej temperatury. W ten sposób wszy miały zginąć. Przez okres odświeżania siedzieliśmy nadzy w barakach. Po tej, jak to określali kwarantannie, ustawiono nas w szeregi i zaczęto formować w mniejsze grupy. Ja dostałem się do grupy liczącej około 25 osób. Wówczas nie mogliśmy się już rozchodzić. Pod eskortą uzbrojonych konwojentów wyprowadzili nas za bramy obozu i tak prowadzono leśną drogą. Pytaliśmy dokąd idziemy, ale słyszeliśmy odpowiedź "za chwilę zobaczysz". Nie pamiętam dokładnie ile szliśmy, chyba z 15 kilometrów i doszliśmy do jakiś zabudowań. Był to duży barak ogrodzony drutami, otoczony sosnowym lasem. Ogólnie otoczenie zadbane, jakieś klomby, ścieżki, porządek. Wokół uwijali się Niemcy. W pomieszczeniach tyh znajdowała się kuchnia, piekarnia, wszystko to obsługiwane było przez Niemców, był to więc obóz jeniecki dla Niemców. Byty tam względne warunki higieniczno- sanitarne, fryzjer itp. W obozie tym pozwalano na odprawianie Mszy Świętej, braliśmy udział w ogólnej spowiedzi i komunii. Jako komunikantów ksiądz używał okruszynek chleba. W tym obozie byłem przez jeden miesiąc. Nie było tam przymusu pracy, spaliśmy kiedy chcieliśmy, nie było też apeli. Jedynie sprawdzali wieczorem stan więźniów. Wyżywienie też wówczas było względne, na pryczach sienniki i koce. Po miesiącu znowu przewieziono nas do innego obozu, gdzie pracowaliśmy, głównie na rob. Uprawialiśmy tam ziemniaki, kapustę, cebulę i inne warzywa. Do uprawy rob używano więźniów jako siły pociągowej. Odbywało się to w ten sposób, że sześciu więźniów zaprzęgało się do np. pługa czy bron, a jeden prowadził narzędzia. Sprzęt ten był prymitywny, drewniany. Po niedługim czasie znowu przeniesiony zostałem do innego obozu. Tu baraki były też naziemne, prycze zbite z desek. Tu doskwierały nam pluskwy. Była ich cała masa. Musieliśmy je ściągać z siebie całymi garściami. Do pracy chodziliśmy na trzy zmiany. Była to kopalnia węgla. Do pracy chodziliśmy tak, aby nie stykać się z więźniami z innego łagru, a obozów tych w okolicy było kilka. Pracowałem w kopalni nr. 103. Była to nowa kopalnia. Zaczynaliśmy pracę od podstaw. Za mojej tam bytności nie dokopaliśmy się do złóż. Którejś zmiany zamiast więźniów z naszego obozu pojawili się jeńcy niemieccy. Byliśmy zdziwieni. Po powrocie do obozu (odległość od kopalni około 5 km) dowiedzieliśmy się, że już nie będziemy chodzić do pracy. Zrobiono zbiórkę. Lejtnant przeliczył nas i oświadczył, byśmy przygotowali się do podróży. Oświadczył, że jeśli tylko "eszaton" będzie gotowy, pojedziemy do domu. W tym czasie zaprowadził nas sam jeden bez konwoju do dużego baraku, po drodze był bardzo grzeczny, przyjazny, prosił żeby coś zaśpiewać. Traktował nas zupełnie inaczej niż dawniej byliśmy traktowani. Do czasu odjazdu (około 2 tygodni) nie pracowaliśmy, zostaliśmy trochę odżywieni, zmieniono nam bieliznę i odzież, chodziliśmy do łaźni parowej w Borowiczach. Lejtnant sprawdzał czy kogoś nie ubyło. Któregoś dnia wyprowadzono nas z obozu na stację kolejową. Były tam podstawione by dlęce wagony, pośrodku sta} żelazny piecyk, opał. W wagonie mieściło się około 25 osób, urządzenia sanitarne podobnie jak w drodze do łagru. Wagony były zamykane i pilnowane przez konwojentów. Konwojenci wyjaśnili nam, żeby nie uciekać, bo mają rozkaz zastrzelić uciekiniera na miejscu. Ich zadaniem było odstawić nas do granicy Polski. Nikt jednak nie próbował ucieczki. Opał, który zastaliśmy w wagonie wystarczył na krótko. W drodze pociąg zatrzymał się w lesie i konwojenci pozwolili nam załadować składowane wzdłuż torów drzewo, byśmy mogli ogrzać wagony. Długie bale drzewa rozbijaliśmy znalezionymi na torach ogromnymi gwoździami, służącymi do mocowania szyn. Jechaliśmy tak 10 dni. Dostawaliśmy raz dziennie pożywienie, tłumaczono nam, że więcej nie mają. W Brześciu przenieśliśmy się do polskiego pociągu, który zawiózł nas do Białej Podlaskiej. Tutaj czekaliśmy 10 godzin, aż pojawił się przedstawiciel polskiego UB w randze porucznika. Był to młody człowiek. Oczekujące nas kobiety, żony, matki, córki zrobiły porucznikowi awanturę, dlaczego tak długo musieliśmy czekać na spotkanie z bliskimi. On zaczął coś tłumaczyć, ale nie miał właściwie żadnych ważnych powodów. Nastąpiło nasze uwolnienie. Na dworcu oczekiwali nas ludzie z gorącym pożywieniem. Po prostu nie wierzyliśmy, że jesteśmy wolni. Więźniowie witali się z najbliższymi, płakaliśmy ze wzruszenia.... Po posileniu poszliśmy z grupą znajomych do kościoła, aby podziękować Panu Bogu i Matce Boskiej za przeżycie tej gehenny i ocalenie. W Białej Podlaskiej byłem dwa dni. Tu zrobiono nam zdjęcia wydano dokument repatriacji. Po przybyciu do rodzinnego Bliznego dowiedziałem się, że żona i synek wyjechali na Ziemie Zachodnie w okolice Kłodzka. Gdy zawiadomiłem żonę o powrocie, ta przyjechała do mnie i razem udaliśmy się do Bystrzycy Kłodzkiej. Muszę nadmienić, że wówczas byłem tak wyczerpany fizycznie, iż ważyłem tylko 42 kg (przed aresztowaniem 79 kg). W 1947 roku podjąłem pracę jako kierowca samochodowy. Cały czas pracowałem w tym zawodzie, aż do 1976 roku. Wówczas to przeszedłem na rentę, ze względu na stan zdrowia. Brzozów dnia 4.05.1990 r. Dziesięciu aresztowanych w "bliźnieńskiej brance", w noc listopadową nie przeżyło podobnej do wyżej opisanej gehenny. Inni, jak M. Częczek wrócili by świadczyć o minionym czasie. ODDZIAŁY LEŚNE OBSZARU LWOWSKIEGO "WARTA" NA TERENIE POWIATU BRZOZOWSKIEGO 1944 - 45 Jerzy Węgierski Grudzień 1991 r. W sierpniu 1944 roku, a raczej w drugiej połowie tego miesiąca, po zakończeniu akcji "Burza" i zejściu oddziałów AK na terenie Obszaru nr. 3 południowo - wschodniego (lwowskiego) ponownie do podziemia, podjęto we Lwowie decyzję o tworzeniu na Rzeszowszczyźnie, za Sanem, zgrupowania oddziałów" leśnych Obszaru nr 3 o nazwie "Warta". Pomimo aresztowań przez organa NKWD żołnierz>' AK i pomimo organizowania się władz sowieckich w Małopolsce Wschodniej, uważano we Lwowie- zgodnie z istniejącym w tym czasie stanem prawnym- że nie jest jeszcze przesądzony los Ziem Wschodnich i nie jest przesądzony los AK w Polsce. Lwowskie dowództwo AK doszło więc do wniosku, że trzeba mieć za Sanem siły dla ewentualnej odsieczy Lwowa na wypadek, gdyby osłabiony wojną ZSRR pod naciskiem zachodnich Aliantów zgodził się na przesunięcie ustalonej jednostronnie przez siebie granicy na wschód, a Ukraińcy próbowali zająć Lwów. Zarazem w oddziałach tych mieli znaleźć schronienie "spaleni" i zagrożeni aresztowaniem żołnierze AK z terenu Obszaru nr 3. Na dowódców oddziałów "Warty" wyznaczono ppłk. Franciszka Rekuckiego "Topora", ostatnio komendanta Okręgu Lwów w organizacji "NTE" "Niepodległość", oraz jego szefa sztabu, mjr. dypl. Bolesława Tomaszewskiego "Ostrogę". Zorientowawszy się w liczbie zgłaszających się ludzi, a jednocześnie zapewne co do będącej do dyspozycji kadry oficerskiej przybyłej z Okręgu Lwów AK uzyskawszy informacje co do ich aktualnego ich rozmieszczenia, a po porozumieniu się z miejscowym dowództwem - co do dalszych możliwości rozlokowania, zaczęto tworzyć cztery7 bataliony "Warty". Oznaczono je literami "A", "B", "C" i "D". W każdym batalionie organizowano cztery kompanie (np. "Al", "A2", "A3", "A4"), w plutonach-małe drużyny 10 do 12- osobowe. Gdyby więc się udało doprowadzić do pełnej obsady czterech cztero-kompanijnych baonów, zgrupowanie "Warta" byłoby osiągnęło stan około 2000 ludzi; w/g ppłk. Tomaszewskiego ppłk. Franciszek Rekucki osiągnięto w okresie największego rozwoju tan około 1600 ludzi. Batalion "A" pod dowództwem por. Ludwika Kurtycza "Mazurkiewicza" został rozlokowany na terenie południowej części powiatu jarosławskiego i przyległych części trzech sąsiednich powiatów między Pruchnikiem, Kańczugą, Przeworskiem, Jarosławiem i Przemyślem. Batalion "B" obsadził posterunki milicji na terenie powiatu lubaczowskiego, mając prócz oficjalnych narzuconych komendantów powiatowych MO zakonspirowane dowództwo batalionu. Dowódcami batalionu "B" byli kolejno: kpt. Julian Bistroń "Godziemba", cichociemny ppor. Tadeusz Żelechowski "Ring" i kpt. Edward Baszniak "Orlicz". Nie będziemy tu zajmować się tymi dwoma batalionami, bo ich żołnierze nie kwaterowali na terenie powiatu brzozowskiego.
Pozostałe dwa bataliony- "C" i "D"- i ich poszczególne kompanie zmieniały co jakiś czas miejsca swojego postoju, przenosząc się w obrębie rozległego terenu - od powiatu brzozowskiego na południu począwszy, po powiaty: rzeszowski (część południowo- wschodnia), przeworski (część zachodnia) i łańcucki- wg. dowojennego podziału administracyjnego. Dowódcą batalionu "C" był kpt. Witold Szredzki "Sulima", batalionu "D"- rtm. Włodzimierz Białoszewski "Dan". Nie o wszystkich kompaniach tych dwu batalionów, o ich miejscach zakwaterowania i drogach przemieszczeń zachowały się dane. Wiadomo, że na terenie powiatu brzozowskiego przebywały w pewnych okresach trzy kompanie: z batalionu "C"-kompania "C8", z batalionu "D"- kompanie "D14" i "D26". Dalej wyjaśni się, skąd wzięły się takie numery kompanii. Kompania "C8" por. Tomasza Matyszewskiego "Andrzeja Ćwikły" była złożona w dużej części z żołnierzy oddziału leśnego 8, kompanii 26 p. p. NOW- AK, który w okresie od kwietnia do lipca 1944. roku stacjonował w Milczycach (powiat radecki) koto Gródka Jagiellońskiego i w rejonie tego ośrodka działał. Żołnierze tego oddziału, a może jego dowódca, z przywiązania do numera kompanii, jaki miała ona w Milczycach, nadali nowej kompanii w "Warcie" nazwę "C8". Podczas "Burzy" kompania w znacznej części przeszła do Mościska, potem za San, brała udział w marszu na odsiecz Warszawie na wezwanie gen. Komorowskiego "Bora", po czym wyrwawszy się z otoczenia przez oddziały sowieckie w Sarzynie i rozproszywszy się, zebrała się ponownie w rejonie Żołyni. Kompania "D14" pod dowództwem kapitana Armii Jugosłowiańskiej, Serba, Dragana Sotirovica "Draży", nawiązywała do tradycji oddziałów leśnych 14 p. uł. AK, których kpt. "Draża" był zastępcą dowódcy którymi w zastępstwie nieobecnego dowódcy dowodził w walkach z Niemcami w czasie "Burzy" pod Lwowem. Trzeba tu wspomnieć o poprzedniej historii kpt. "Draży", zwłaszcza, że jego kompania najdłużej z tych trzech przebywała na terenie powiatu brzozowskiego. Ponad 30- letni mężczyzna, prawdopodobnie po szkołach wojskowych francuskich, adiutant gen. Mihajlovica, dostawszy się do niewoli niemieckiej, przebywał w obozach jenieckich w Rawie Ruskiej, potem w Stryju. Z niewoli zbiegł w;e Lwowie, przeprowadzany przez dworzec kolejowy. Trafiwszy pod opiekę AK, został skierowany do oddziałów leśnych 14 p. ul. rozlokowanych na wschodnim przedmieściu Lwowa i w podlwowskich lasach. Na czele tych oddziałów, osłaniających wojska sowieckie i oddziały AK walczące we Lwowie, wziął czynny udział w; "Burzy", został ranny. a następnie odznaczony przez Komendanta Obszaru gen. Filipkowskiego, Krzyżem Virtuti Militari. Aresztowany 31 lipca wraz z innymi oficerami Okręgu Lwów AK, zbiegł z więzienia i przedostał się za San. W jego kompanii w "Warcie" była część żołnierzy z 1 szwadronu oddziału leśnego 14 p. uł. por. Henryka Kozińskiego "Floriana". Wreszcie trzecia z wymienionych kompanii- kompania "D26". dowodzona przez por. Józefa Bissa "Wacława", wywodziła się z oddziału leśnego 1 kompanii 26 p. p. AK. Oddział złożony w większości z żołnierzy z podlwowskiej Zimnej Wody7, kwaterował w Siemianówce pod Lwowem i tam w czasie "Burzy" stoczył walkę z Niemcami. Po "Burzy" oddział podzielony na małe grupki podążył na odsiecz Warszawy; doszli aż pod Lublin, ale gdy tam się znaleźli, powstanie już dogasało. Wrócili na Rzeszowszczyznę. Jako pierwsza na terenie powiatu brzozowskiego pojawiła się kompania "D14". W pierwszych dniach listopada 1944 roku kompania kwaterowała w rejonie Borku Starego i Hyżnego między Rzeszowem a Błażowa, ale już tu NKWD wytropił. żołnierzy "Warty". Szereg oficerów z "Wart}7" kwaterowało w Borku w klasztorze o. o. Dominikanów i o tym doniósł czy też zdradził aresztowany przez NKWD jakiś młody chłopak. Zostali ujęci: por. Tadeusz Cygan "Czarny", ppor. Kazimierz Badowski i pchor. Marian Dub "Ryszard". Kpt. "Draża" z płut. Feliksem Maziarskim "Szoferem" z Kedywu Okręgu Lwów01, gdy zaczęto się do nich dobijać, wybiwszy okno, pod ostrzałem zbiegli. Wymknęli się również rtm. Białoszewicz "Dan" i por. Biss "Wacław". Chłopca, który spowodował aresztowania, zlikwidowano, a kompania przeszła w okolice Błażowej - do Harty i Piątkowej, by wkrótce przenieść się dalej na południe do Izdebek1' Ujętych oficerów i kilkunastu żołnierzy z "Warty" wywiezione samochodami do Rzeszowa, gdzie w areszcie w jakimś klasztorze odbywały się przesłuchania i konfrontacje. Po około dwu miesiącach przeniesiono ich do więzienia w Rzeszowie w zamku Lubomirskich. Stąd przez obóz w Bakończycach w grudniu lub w styczniu zostali wywiezieni do Stalinogorska. Część aresztowanych, w tym por. Chęć, została jednak pozostawiona w więzieniu w Brzozowie (koło późniejszego dworca PKS) m. in. w celu skonfrontowania ich z więzionym tam komendantem obwodu Brzozów AK-NIE, kpt. Ignacym Wanicem, aresztowanym w innych okolicznościach. Por. Chęciowi udało się przez żonę jednego z aresztowanych, policjanta Skrzyńskiego, oraz. przez klasztor o. o. Jezuitów w Starej Wsi pod Brzozowem nawiązać kontakt z dowództwem kompanii "D14". Jeden z dowódców plutonu tej kompanii, sierżant Józef Szajda "Belabes" z Legii Cudzoziemskiej, poprzednio szef szwadronu 14 p. uł. AK, zgłosił gotowość zorganizowania akcji uwolnienia więźniów w zamian za znalezienie mu przez miejscową organizację nowych miejsc zakwaterowania®. Wyznaczono dziesięciu żołnierzy dla przeprowadzenia tej akcji, która odbyła się 12 lub 13 grudnia111. Dla ułatwienia zadania, kpt. "Draża" przez swego wywiadowcę w Brzozowie rozpuścił pogłoskę, że jest przygotowywane na ten dzień zaatakowanie przez żołnierzy podziemia jakiegoś przedsiębiorstwa na peryferiach Brzozowa. Mało to na celu odciągnięcie wojska z miasta. Na bezpośredniego dowódcę akcji został wyznaczony plut. Maziarski "Szofer". Przebiegu tej brawurowej akcji tu nie zamieszczam, ponieważ przedstawił go odrębnie sam F. Maziarski. Uwolniono 13 więźniów, w tym obok kpt. Wanica również por. Chęcią, większość z nich odwożąc samochodem w bezpieczne miejsce. Teraz kompania "D14", spalona w Izdebkach, przeniosła się na północny zachód do Wesołej, a stąd w połowie stycznia 1945 roku nad San do Winylowa i Dydni między Sanokiem i Dynowem. Stamtąd w marcu powrócono znów do Wesołej i Golcowej. Tymczasem 5 marca w miejscowości Ujazdy na zachód od Dynowa został przypadkiem ujęty przez żołnierz}7 sowieckich kpt. "Draża". Zamierzając przeprowadzić rewizję, żołnierze otoczyli dom. w którym przebywał. Zorientowawszy się w sytuacji, kpt. "Draża" wyskoczył przez okno z drugiego piętra, ale trafiwszy na beton doznał złamania kości w stopie i nie mogąc uciekać, został schwytany. Pomimo, że był od dawna poszukiwany, nie rozpoznano go. Podał, że nazywa się Jacąues Roman i jest oficerem francuskim, byłym więźniem niemieckim, powracającym z obozu repatriacyjnego w Odessie. Odstawiono go do Rzeszowa, ale po drodze poznał go ktoś z przechodniów i dał znać, dzięki czemu dowiedziano się, co się z nim stało. Wciąż nierozpoznany został umieszczony w szpitalu, skąd przez lekarza przesiał list do znanego mu oficera dywersji Inspektoratu AK-NIE Rzeszów, pchor. Wiktora Błażewskiego "Orlika", prosząc o szybkie uwolnienie wobec grożącego mu w każdej chwili rozszyfrowania. Wspominał sam kpt. "Draża": "Byłem w gabinecie rentgenowskim pod aparatem, gdy weszło dwóch milicjantów. Przyszedł sam "Orlik". Wraz ze swym przyjacielem przedstawili się jako "tajni agenci", pokazując swoje papiery i nakaz, który otrzymali, by doprowadzić mnie do NKWD na przesłuchanie. Udałem przerażonego, wołając, że jestem chory. "Orlik" powiedział: "Stul pysk, faszystowska świnio" i kazał siostrom zanieść mnie do oczekującego pod bramą fiakra. Miałem na sobie tylko koszulę (...) Narzucono na mnie koc. (...) Ponieważ nie było możliwe wydostać się z miasta, przygotowano mi schronienie tuż za szpitalem. "Nikt nie będzie szukał tak blisko..." Było to mieszkanie jednego z moich kurierów7 (...) Wkrótce, któregoś ranka "Orlik" zabrał go stamtąd samochodem "skonfiskowanym" wojewodzie rzeszowskiemu. Odwieziono go do Sokołowa Małopolskiego do tamtejszego aptekarza Dańczaka, skąd z kolei zastępca rtm. "Dana", ppor. Onufry Kuźniar "Popiel", przewiózł go do leśniczówki w Czarnej nad Wisłokiem, a potem do Przeworska. W Przeworsku kpt. "Draża" ukrywał się na punkcie kontaktowym u Zofii Rolskiej "Czarnej Baśki", która później przepłaciła to skazaniem na sześć lat więzienia w PRL, z których odsiedziała trzy lata. Jej mąż został aresztowany w Informacji Wojskowej w Krakowie. ppor. Onufry Kuźniar W tym czasie sierżant "Belabes" przesunął cały oddział w dół Sanu, w rejon Dąbrówki Starzeńskiej, Siedlisk i Nozdrzca. Tu wkrótce, na przełomie kwietnia i maja do kompanii dołączył kpt. "Draża", wioząc na kilku furmankach żywność, a nawet kilka beczułek piwa o co postarała się w Przeworsku Rolska. Razem z kpt. "Drażą" do kompanii przybył por. Włodzimierz Białek "Zych" z baonu "A", prawdopodobnie po aresztowaniu dowódcy baonu por. Kurtycza "Mazurkiewicza" i może po rozwiązaniu baonu "A". Kpt. "Draża" podróż z Przeworska do Dynowa odbył kolejką wąskotorową. 3 maja w kapliczce majątku Dąbrówka Starzeńska ks. Mieczysław Bossowski odprawił Mszę Świętą dla całej kompanii kpt. "Draży", niestety zdjęcie to nie zostało zachowane, a może tylko nie odnalezione(5). W połowie czerwca 1945 roku kompania "D14" jeszcze raz zmieniła rejon zakwaterowania, przechodząc w rejon Blizne- Gołcowa- Izdebki, gdzie już była przed pół rokiem. Tu dokonano ostatniej akcji, likwidując 25 czerwca oddział sowiecki z taborem, zdobywając ich konie i odbierając zrabowane po wsiach przez ten oddział krowy: miało to miejsce na drodze między Jasienicą a Domaradzem (6).
W licznych publikacjach powojennych zarzucano kpt. "Draży", że będąc na terenie powiatu brzozowskiego, 29 kwietnia podpisał w Siedliskach kolo Dąbrówki Starzeńskiej jakiś wstępny protokół z dowódcą sotni - prowidnykiem UPA, "Borysem"'7'. Potwierdził to Sotirovic, podając w swych wspomnieniach treść owego - jak nazywa - "paktu nieagresji". Były w nim następujące punkty: ustają walki między Polakami a Ukraińcami, za jedynego wroga zostaje uznany okupant sowiecki, wywiady wymieniają się informacjami o ruchach wojsk sowieckich, w wypadku ataku wojsk sowieckich obowiązuje wzajemna pomoc, każdy samowolny napad, kradzież, inne przestępstwo będzie energicznie karane. Miejscowe dowództwo - wówczas już z ramienia Delegatury Sił Zbrojnych -dowiedziało się o tym po fakcie, nie akceptował też tego kroku kpt. "Draży" dowódca baonu "D", rtm. "Dan". Do zawarcia definitywnej umowy nie doszło(8). W międzyczasie pod koniec lutego 1945 roku na teren powiatu brzozowskiego przybyła druga kompania z oddziałów "Warty"- kompania "D26". Wspomniał jeden z żołnierzy tego oddziału, pchor. Zygmunt Chlipp "Andrzej": "W drugiej połowie lutego przenieśliśmy się na kilkanaście dni (z Babicy nad Wisłokiem - przyp. J. W) do Niebylca, a pod koniec lutego długim nocnym marszem przeszliśmy do Dynowa, przeprawiliśmy się promem na prawy brzeg Sanu i podstawionymi furmankami dotarliśmy do Dylągowej. Zakwaterowani zostaliśmy po dwóch - trzech w chałupach. Wieś stosunkowo duża, rozciągnięta na zboczach jaru dochodzącego do Sanu, zagrożona przez Ukraińców. Prowadziliśmy służbę ubezpieczającą wieś - czujki, warty, patrole". Dylągowa, a na południe od niej - Borownica, położone w zakolu Sanu, były istotnie szczególnie silnie zagrożone przez UPA; od wschodu i południa zamykały je w tym zakolu wsie ukraińskie, będące siedliskami UPA: Iskań, Piątkowa, Jawornik Ruski, Żohatyn, oraz "stolica Ukrainy"- Jamna Górna i Dolna ™. W okolicy Dynowa, od którego Dylągową dzieliło 6 kilometrów, jeszcze do grudnia 1944 roku nie było wypadków napadów UPA na ludność polską, choć pod koniec okupacji niemieckiej z wyroku UPA zostali tu skazani na śmierć czterej księża rzymsko- katoliccy i dwu z nich rzeczywiście zamordowano w odwet za zabicie przez nieznanych sprawców jednego z księży grecko-katolic-kich. Dopiero 23 grudnia UPA spaliła dwór w Dąbrówce, a w Hucie Poręby zamordowała rodzinę, która krótko przed wojną przeszła z obrządku greckokatolickiego na rzymski. "Gdzieś w lutym lub marcu (gdy już była w Dylągowej kompania "D26" -przyp. J. W.) - wspominał ksiądz Kazimierz Pyś, wówczas wikary w Dylągowej-do Pawłokomy (wieś o ludności mieszanej na północ od Dylągowej - przyp. J. W.) przyszła jakaś grupa UPA. Wybrał się do młyna w Dynowie gospodarz Trojan. Wracając uprosił trzech chłopców z AK, uzbrojonych, by go eskortowali. W Pawłokomie otoczyli ich i uprowadzili banderowcy i ślad po nich zaginął. Teraz bracia jednego z zaginionych chłopców z Dynowa utworzyli 9-osobową grupę, która (...) postanowiła zemścić się na Ukraińcach z Pawłokomy. Przeprowadzili rozeznanie i postanowili zlikwidować Ukraińców7 znanych jako nacjonalistów (...). Do pomocy uprosili chłopów z Dylągowej, których zamiast kilkunastu zgłosiło się kilkudziesięciu. Ci ostatni, wszedłszy do Pawlokonicj, zaczęli rabować domy ukraińskie, ale i owi żołnierze AK z Dynowa zastrzelili upatrzonych Ukraińców. Na razie lwowiacy (tj. kompania "D26"- przyp. J. W.) nic mieszali się do tych spraw, ale wkrótce w Bachorzu nad Sanem (między Dynowem a Przemyślem) UPA wymordowała szereg rodzin polskich, wrzucając trupy do Sanu pod lód. Postanowiono wówczas dokonać odwetu na Pawlokomie (...)". Prawdopodobnie wtedy miejscowe podziemne dowództwo wojskowe polskie zwróciło się do por. "Wacława" o przeprowadzenie tej akcji odwetowej. W zamian za udzielenie oddziałom "Warty" możliwości kwaterowania, były te oddziały zobowiązane do uwzględnienia życzeń miejscowych dowódców; tak przypuszczalnie było i tym razem. Wg. księdza Pysia, "jakieś wiadomości o zamierzonym odwecie musiały dotrzeć do Ukraińców w Pawlokomie, bo przybyły tam ze wschodu ksiądz grecko- katolicki wysłał do księdza Franciszka Paściaka (proboszcz w Dylągowej, poprzednio skazany na śmierć przez UPA- przyp. J. W.) list z prośbą o ochronę. Ale ksiądz Paściak już nic nic mógł zrobić, zwłaszcza, że doszły wiadomości o poświęceniu przez innego księdza greckokatolickiego noży w Piątkowej (...)"• W akcji w Pawłokomcj wzięli również udział miejscowi żołnierze z Dylągowej. Akcja w Pawlokomie, a prawdopodobnie obie akcje owej 9- osobowej grupy chłopców i chłopów w Dylągowej oraz oddziału por. "Wacława" i miejscowych żołnierzy z Dylągowej - pozostały w pamięci Ukraińców jako szczególnie okrutne, choć daleko im było do akcji UPA na wschodzie, właśnie w tym czasie przeprowadzanych na Tarnopolszczyźnic. We współczesnych źródłach polskich pisano później - chyba wyolbrzymiając straty ukraińskie - że oddziały "samoobrony i bliżej nieznany oddział poakowski wymordowały 300 osób w Pawlokomie'11', urządzając regularną egzekucję nad rowami, które ofiary musiały wykopać na cmentarzu". Stało się to 3 marca. Jeśli nawet liczba ofiar była przesadzona, to i tak tę akcję - podobnie jak inne podobne - trzeba potępić i uznać za bezcelowe, a tylko rozjątrzające. Wszystkie takie akcje wywoływały kolejne odwety ukraińskie; podobno wkrótce wymordowano 200 Polaków w Borownicy, około 10 kilometrów na południc od Dylągowej, a w jesieni nastąpiły kolejne akcje UPA'7'. 15 marca wieczorem do miejscowości Lubno, na północ od Dynowa, przybył z kierunku Sanoka 80-osobowy oddział, który poprzednio po drodze rozbroił milicję w Nozdrzcu (w ówczesnym meldunku AK: Nozdrzec) i zniszczył tam telefony. Jak donoszono w meldunku sytuacyjnym Okręgu Kraków AK, oddział ten "robił wrażenie oddziału ukraińskiego, zwłaszcza, że znajdowali się w nim zbiegli, względnie wysiedleni z tych terenów miejscowi Ukraińcy, oraz że byli w większości ubrani po cywilnemu, częściowo w mundurach polskich, a częściowo w sowieckich". Na następny dzień oddział rozpoczął aresztowania Polaków w Łubnic i rabunki, a 17 marca skierował się do Dynowa. Z Dynowa zaczęto przekraczał jednak możliwości oddziału, więc postanowili zarekwirować pociąg. Wieczorem przy wysokiej wodzie na Sanie, oddział przeprawił się kilkoma łodziami, obciążonymi do granic możliwości, na lewy brzeg rzeki. Przeszli szybkim marszem w rejon Bachorza, dokąd grupa, która poprzednio pertraktowała z zawiadowcą stacji, zmusiła go teraz do wysłania pozarozkładowego pociągu. Wspominał ppor. Zdzisław Żypowski: "Pociąg został szybko podstawiony, łączność z Dynowem przerwana i odjechaliśmy. Dla naszego bezpieczeństwa zaprosiłem zawiadowcę stacji wraz z żoną w charakterze zakładników. Zawiadowca mimo moich zapewnień o jego bezpieczeństwie nie czuł się pewnie, natomiast żona była w doskonałym humorze, zwłaszcza gdy po drodze wsiadł "Wacław" z chłopakami i zaczął się koncert naszego repertuaru. Po dojechaniu w rejon Urzejowic czy Krzeszowic rozstaliśmy się z bardzo miłą drużyną kolejową, z zadowoloną panią zawia-dowczynią kolejową i przerażonym do końca zawiadowcą. Pociąg powrócił do Dynowa (...)". Wkrótce po odejściu z Dylągowej kompanii "D26", została tu skierowana kompania "C8", dotychczas kwaterująca w rejonie Łańcuta. Wspominał por. Matyszewski: "W marcu, nocami oddział przeszedł na drugą stronę Sanu (przeprawiając się łódką - przyp. J. W.) i w całości został zakwaterowany we wsi Dyłągowa (i Dąbrówka Starzeńska - przyp. J. W.). Tereny za Sanem od Przemyśla do Ustrzyk, wzdłuż nowej granicy byty wąskim pasem ziemi niczyjej, a raczej pod kontrolą naszych - lwowskich - i miejscowych - nam podporządkowanych -oddziałów. W dalszym ciągu istniała współpraca z nieujawnionymi wyższymi władzami konspiracyjnymi AK (raczej NIE - przyp. J. W.) i BCh - rzeszowskimi. Współpracowały również posterunki milicji i "swoi" ludzie w organach bezpieczeństwa. W Dylągowej istniały warunki do zorganizowania nowoczesnej kompanii piechoty, uzbrojenia i systematycznego wyszkolenia bojowego (...)". Wciąż miano nadzieję na powrót na ziemie południowo - wschodnie, licząc się z możłiw ością wybuchu wojny między7 Zachodem a Wschodem. Pod kontrolą kompanii por. "Ćwikły" był cały teren w zakolu Sanu po wsie, w których siedziała UPA. Jednocześnie jednak po wsiach kwaterowały wojska sowieckie. Bywały więc takie sytuacje, że w jednej izbie domu mieszkał jakiś dowódca sowiecki strzeżony przez swych wartowników, a w drugiej izbie - por. "Ćwikła", którego z pistoletem w ręku strzegł jeden z żołnierzy oddziału. Sprawdzano wszystkich ludzi obcych przybywających w rejon zakwaterowania oddziału. Zgłaszali się wciąż do niego ochotnicy, a nawet dezerterzy z armii sowieckiej. Polaków i polskiego pochodzenia przyjmowano, innych likwidowano, obawiając się agentów. Pilnowano zapasów wszelkiego rodzaju, ochraniano zabytkowe urządzenia wnętrz w domach itp. broniono mieszkańców przed bandami rabunkowymi. Życie oddziału biegło cały czas w napięciu(17). Tymczasem w maju zakończyła się wojna w Europie. W Polsce podziemna. Rada Jedności. Pełnomocnik Rządu Stefan Korboński i Delegat Sił Zbrojnych płk. Rzepecki, wzywali cały naród i żołnierzy oddziałów leśnych do powrotu do normalnego życia i pracy w odezwach wydanych w dniach 17 i 27 maja (16). Płk. Rzepecki ponowił też wydany już raz rozkaz rozwiązania oddziałów "Wart>'". Mjr. Tomaszewski "Ostroga", będący teraz- wobec nieobecności ppłk. Rekuckiego "Topora", który wyjechał do Krakowa - faktycznym dowódcą "Warty", jeszcze zwlekał, oczekując jakiegoś ostatecznego rozwiązania sprawy potrzeby istnienia "Warty". Zaczęto jednak przygotowania do rozpuszczenia oddziałów. Po spotkaniu z ppłk. "Toporem", mjr. "Ostroga"" uzyskał pełnomocnictwa dla:
wystawienia fałszywych dokumentów dla zwalnianych;
Rozpoczęto likwidację oddziałów. Posiadane przez oddziały konie i zaprzęgi polecono sprzedać, a uzyskane stąd pieniądze rozdzielić między żołnierzy danego oddziału (17>. Z datą 1 lipca 1945 roku zostały tym oficerom i żołnierzom "Warty", którzy wytrwali w szeregach swych oddziałów do końca wydane: zawiadomienia o złożonych wnioskach o awanse oficerskie, o nominacje na podporuczników czasu wojny, zawiadomienia o przedstawieniu do odznaczeń, rozkazy nominacyjne podchorążych i awanse podoficerskie oraz podziękowania. Podziękowania otrzymali również ludzie spoza "Warty" za "wybitnie obywatelskie stanowisko wobec bojowników Polski Podziemnej z szeregów AK i za udzielanie pomocy materialnej w okresie pracy i walki konspiracyjnej". Trudności były jednak z rozbrojeniem oddziałów, gdyż ludzie byli bardzo przywiązani do swej broni. Niezależnie od tego, do kompanii "D26" przebywającej w rejonie Leżajska i wciąż zmieniającej miejsca postoju, rozkaz rozwiązania oddziałów dotarł dopiero po dwóch miesiącach. Kompanią dowodził teraz ppor. cz. w. Onufry Kuźnar "Popiel"; por. Biss "Wacław" i jego zastępca ppor. Zdzisław Żypowski "Syrokomla" zostali 29 maja ujęci przez ekspedycję polsko - sowiecką w leśniczówce pod Zmysłówką i osadzeni w więzieniu w Rzeszowie. W drugiej połowie sierpnia 1945 roku zapadła w kompanii "D26" decyzja o powrocie w rejon Dynowa. Rozkaz o rozwiązaniu wciąż jeszcze nie docierał do kompanii. Ustalono, że przerzut oddziału odbędzie się samochodem w godzinach nocnych. Było ich już tylko około 40. Ppor. "Popiel" spod młyna w Zołyni "zarekwirował" duży samochód z Gorlic z mąką i wysadziwszy kierowcę (który jak pisał Chlipp- Chełmiński- "wykazywał duże zrozumienie"), zawiózł mąkę liśmy cywilne ubrania, trochę pieniędzy- i grupkami, pociągiem rozjechaliśmy się po Polsce. Większość udała się na Dolny Śląsk w rejon Lubania i Wrocławia lub na Górny Śląsk (...)". Przed rozwiązaniem oddziału złożono broń i ukryto ją w młynie Stanisława Zwiercana w Dynowie, wymurowując w jednym z pomieszczeń nową ścianę. Potem, jak się zdaje, miejscowy oddział ukrył swą broń w tymże młynie w studni na turbinę. Broń przez miejscowych żołnierzy została ukryta, gdy przybył tu oddział Wojska Polskiego i zapewniając, że będzie ochraniać okoliczne wsie polskie przed UPA wezwał mieszkańców do złożenia broni. Ale oddział wkrótce odszedł i wówczas niespodziewanie w nocy z 3 na 4 października UPA- mszcząc się za Pawłokomę- rzuciła się na Dylągową, Siel-nicę, Łączki, Bartkówkę i polską część Pawłokomy, podpalając te wsie. Nieprzygotowana i bezbronna ludność polska uciekła do lasów. W akcji wzięły udział cztery sotnie (kompanie): Mychajła Dudy "Hromenki", Hryhorija Janiwskiego "Łastiwki", WłcKhrmira Szczygelskiego "Burłaki" i "Jara" oraz bojówka "Bisa"-pod dowództwem prowidnyka "Borysa" i kurinnego "Konyka", dowódcy batalionu '*'. W Dylągowej ocalał tylko kościół, probostwo i nieliczne domy, których mieszkańcy zachowali broń i podjęli obronę. Potem na Nowy Rok UPA spaliła i tę resztę domów, opuszczonych przez ich właścicieli. W jakiś czas po tych wypadkach, już w okresie działania WIN-u. doszło tu do aresztowania 23 osób, byłych członków dynowskiej AK, z oficerem rezerwy, nauczycielem Leonem Cagiem "Wilkiem" na czele. Przy tej okazji wykryto magazynowaną broń. Na rozprawie w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Rzeszowie zapadły surowe wyroki, o czym pisano w miejscowych gazetach (19>. (,)Z relacji mieszkańców Dynowa wynika, że działo się to za aprobatą Sowietów. W tym czasie bowiem młody oficer sowiecki został zastrzelony przez Polaka z zemsty za siłą uwiedzioną dziewczynę. Ojciec zabitego oficera -pułkownik z tej samej jednostki wojskowej, za śmierć syna, zamierzał rozstrzelać czternastu młodych Polaków. Na prośbę swej żony - również oficera tej jednostki zwolnił aresztowanych, przyzwalając Ukraińcom spalić Bartkówkę, Dylągową, Pawłokomę. Łączki. Żołnierze sowieccy zapewniali podpalaczom ochronę, (przyp. red.) 2- F. Maziarski Wspomnienia...z lat 1939-1945 B. d.; D. Sotirovitch 3- Rei. Piotra Chęcią (w zbiorach J. W.) 4-Według F. Malarskiego: 19 XII; P. Chęć podawał błędnie: 17 XI. 5 F. Maziarski Wspomnienia...; D. Sotirovitch L'Europe..., s. 281-294; rei. Stefanii Komendowskiej, Onufrego Kuźniara, Tomasza Matyszewskiego, Kazimierza Pęcherka, Bolesława Rolskiego (w zbiorach J. W.) 6 Dzieje ułanów jazlowieckich Londyn 1988, s.220-221; B. Gajewski Gol-cowa. Szkice z dziejów wsi Brzozów 1989. s.66; F.Maziarski Wspomnienia...; rei. Józefa Stefanowskiego (w zbiorach J. W.) 7 "Borysa'' jako rejonowego prowidnyka wymienia O. Płczeń w: 9 lat w bunkrze. Wspomnienia żołnierza UPA Lublin 1991, s. 40 8 E. Prus AK- UPA: Aneks do wypowiedzi Piotra Woźniaka "Życie lit." 1984. nr. 1662; A. Szczęśniak, W. Szota droga do nikąd Warszawa 1973, s. 334-336; D. SotirovitchL'Europe..., s.289 9- O.Płczeń 9 lat..., s.36, 43-44 10 Liczbę 300 lub 324 ofiar podają źródła ukraińskie (list K. Schramma "Karta" 1991, nr 3. s. 153), zaś O. Pieczeń 9 lat..., s. 50- pisze już o 460. 11 T. A. Olszański Na drodze do pojednania "Res Publica" 1988. nr 11, s. 63; T. A. Olszański J. Łukaszów walki polsko- ukraińskie 1943-1947 "Zesz. Hist." (Paryż) 1989, z. 90, s. 190-191; A. Szczęśniak, W. Szota droga do nikąd Warszawa 1973, s. 186-187 12 Arch. WIH: III (22) 29 k. 32 (wg: A. Chmielarz Ukraińskie tropy "Karta" 1991, nr 4, s. 134-135); relacje Bronisława Gąseckiego i ks. Kazimierza Pysia (w zbiorach J. W.) 13 Arch. WIH: III (22)29 k. 32; relacje: Zygmunta Chlippa- Chełmińskiego, ks. Kazimierza Pysia i Zdzisława Żypowskiego (w zbiorach J. W.) 14 .Arch. WIH: III (22)29 k. 32: relacje: Bronisława Gąseckiego i ks. Kazimierza Pysia (w zbiorach J. W.) 15- Relacja Tomasza Matyszewskiego (w zbiorach J. W.) 16- Armia Krajowa w dokumentach 1939-1945 Tom V Październik 1944- 17- Relacja Bolesława Tomaszewskiego (w zbiorach J. W.) 18 Relacje Zygmunta Chlippa-Chełmińskiego i Onufrego Kuźniara (w zbiorach J. W.) 19 O. Pieczeń 9 lat... s. 8, 50; relacje: Br. Gąseckiego, ks. K.Pysia, Tadeusza Zwiercana.
Polemika - sprostowania W regionalnych wydawnictwach na temat "Grupy Lwowskiej" Benedykt Gajewski, GOLCOWA, wyd. Muzeum Reg. PTTK Brzozów str.66 czytamy: "Tragiczne w skutkach okazały się czyny na podłożu politycznym. Tzw. Grupa Lwowska stacjonująca jakiś czas na terenie Golcowej, zaatakowała w rejonie Płosina w Domaradzu tabor wozów, którymi z frontu wracali żołnierze radzieccy. Finał okazał się tragiczny - kilku zabitych. " Tadeusz Gerlach -AK w Brzozowskim - Placówka Domaradz, wyd. Przeds. Poligraficzno-Wydawnicze "EWA" str.56, fragmenty: "Pewnego razu oddział "BELABESA", kwaterujący w Jasienicy Rosiełnej u młynarza Michała Fiejdasza, razem z oddziałem sowieckich taborytów - urządził sobie pijacką libację. Ta towarzyska i przyjacielska gościna zakończyła się ostrą i nieprzyjemną sprzeczką o kobiety. Lwowiacy (tak ich nazywano), zwrócili uwagę swym sowieckim kolegom, że zbyt agresywnie poczynają sobie z kobietami. Doszło do ostrego konfliktu. Lwowiacy musieli ustąpić. Ale nie chcieli zniewagi darować, postanowili wziąć odwet za swe upokorzenie. Doszło do tragedii następnej nocy. Lwowiacy urządzili zasadzkę w Domaradzu na "Kazynczynej Górce". Na jadących sowieckich taborytów posypały się strzały i granaty. Kilku sowieckich żołnierzy zginęło, wielu było rannych, inni zaś ratowali się ucieczką. Oddział "BELABESA" zabrał wozy z ładunkiem i drogą obok "Podchybu" (góra) przyjechał do pobliskiej Golcowej, gdzie kwaterował Sotirowic. "Draża", gdy się dowiedział o całym zajściu, w ostrych słowach napiętnował ich wyczyn, Dynowa, a niedługo potem rozwiązał oddział. Nierozważny czyn pociągnął za sobą przykre dla miejscowej ludności konsekwencje, bo nawet ofiary w ludziach. Do Domaradza zjechało NKWD celem przeprowadzenia rewizji i aresztowań. Zostali wypędzeni na płac wszyscy mężczyźni z tego rejonu i trzymano ich kilka godzin pod lufami karabinów maszynowych. NKWD odgrażało się, że źle będzie z nami i całą wioską. Próbujący ucieczki, aresztowany Władysław Gosztyła z przysiółka Budzisz został zabity, a Franciszek Froń z przysiółka Płosina ranny w nogę. Zabici na miejscu przy swych domach zostali: Jan Herbut, Franciszek Ćwiąkała, Jan Bober. (Podczas rewizji, w ich domach znaleziono części umundurowania sowieckich żołnierzy. W tych czasach było to dość powszechne zjawisko, przyp. red.). Byłoby o wiele więcej sowieckich represji, choć ludzie ci byli zupełnie niewinni, gdyby nie skuteczna interwencja starosty brzozowskiego. Swawolni lwowiacy z jednej strony bronili nadsańską ludność przed UPA, lecz w Domaradzu pozostawili po sobie tragedię kilku rodzin. W nocy nasz oddział został postawiony w stan pogotowia bojowego i rano nastąpił atak. Zabito wielu żołnierzy przy których znaleziono legitymacje NKWD oraz listy osób - żołnierzy A.K., których mieli aresztować, a w wypadku próby ucieczki - zastrzelić. Niezależnie od tego przejęto dwa wozy konne pełne dokumentacji dotyczącej działalności Policji Państwowej oraz Wojska Polskiego i Urzędów Państwowych zarekwirowanych z archiwum. "Draża" wiedział o całej akcji i przeprowadzenie jej zlecił "Belabezowi". Przejęto także jeden wóz pełen starych masek gazowych wożonych specjalnie dla kamuflażu przez NKWD podających się za taborytów. Ponieważ nie było czasu na dokładne przejrzenie zdobytej dokumentacji, "Draża" nakazał wycofanie się do pobliskiego lasu i na polanie spalono dokumenty' oraz maski gazowe, natomiast wozy i konie oddano poszczególnym gospodarzom prawdopodobnie w Golcowej - dokładnie sobie nie przypominam. To był planowany i rozważny czyn. Dzięki rozbiciu tego oddziału i odebraniu materiałów obciążających żołnierzy7 A.K. oraz gospodarzy7 udzielających im pomocy, uratowano przed wywózkę na Sybir wielu Polaków. Nasz oddział poniósł w późniejszym okresie poważne straty będąc cały czas nękany przez NKWD i UB. Podczas tej akcji "Draża" kwaterował w Golcowej u Kazimierza Mikosia, o czym d-ctwo placówki dobrze wiedziało. Wiem to dokładnie ponieważ cały czas byłem obecny przy "Draży". Prawdą jest, że cały oddział liczący7 około 100 żołnierzy przeniósł się w okolice Dynowa - Dąbrówki, Nozdrzca, Siedlisk i tam staczał potyczki z Ukraińcami oraz z NKWD i UB, cały czas prześladowany przez wrogie siły, musiał kluczyć, umykać, zadając jednak nieprzyjacielowi straty. Oddziały leśne "Warta" zostały rozwiązane rozkazem d-ctwa 1 lipca 1945 r. Rozkaz do naszego zgrupowania przyniósł nieznany mi pułkownik w miesiącu sierpniu 1945 r. Cały oddział zgrupowano w: lesie, odczytano rozkaz o rozwiązaniu zgrupowania i zalecono aby wszyscy żołnierze przemieścili się na ziemie odzyskane, gdzie byli już dowódcy (Jelenia Góra, Karpacz) i tam zaczęli organizować WIN. Podczas przemieszczania się wielu żołnierzy aresztowano już w Przeworsku i w Rzeszowie. Pozostali, którym udało się dotrzeć do wyznaczonych miejscowości na ziemiach odzyskanych, wstąpili do podziemnej organizacji dalej walcząc o wolną i sprawiedliwą Polskę. Ci "swawolni lwowiacy" jak Pan pisze w swojej książce nie zrezygnowali z walki jak wielu innych - ponosili duże straty, wielu zostało aresztowanych i straconych we Wrocławiu, Rzeszowie i innych miejscowościach. Podam tylko kilka znanych mi przykładów. Zamęczony w śledztwie żołnierz 14 Płk. Ul. Jazłowieckich - Mieczysław Meteluch ps. "Niemira" - na U.B. w Rzeszowie. Stracony we Wrocławiu żołnierz 14 pik. Władysław Szela. Zabity przez NKWD żołnierz 14 płk. Jerzy Horwat ps. "Bartosz" Aresztowany i skazany na wieloletnie więzienie "Tygrys". Aresztowany i skazany na wiele lat żołnierz 14 płk. Henryk Cmela "Górski". Aresztowani i skazani na wiele lat więzienia żołnierze Karol Szeliga, Marian Sputa, Zdzisław Tworzydło. Mógłbym tu przytaczać wiele nazwisk i wiele przykładów poświęcenia i walki z komuną żołnierzy 14 płk. Ułanów Jazłowieckich, lecz nigdy nie podjąbym się krytykować żołnierzy innych oddziałów, którzy całe swe młode życie poświecili Polsce. Muszę tu przypomnieć, że oddział "Draży" i sam d-ca był szczególnie tropiony przez NKWD i UB. "Draża" już za okupacji niemieckiej ucieka z obozu i wstępuje do polskiej partyzantki. Aresztowany także przez Sowietów we Lwowie - ucieka z łap sowieckich, powtórnie aresztowany w ochronce na Ujazdach, zostaje ranny i przewieziony do więzienia w Rzeszowie, skąd grupa AK-owców pod moim dowództwem uwalnia go terroryzując w szpitalu żołnierzy NKWD i rannego przewozi na leczenie do Sokołowa pod opiekę tamtejszych żołnierzy A.K. Po wyzdrowieniu wraca do oddziału, który kwateruje w Dąbrówce za Sanem. Piszę to dlatego, aby pokrótce nakreślić sylwetkę "Draży", na którego tak bardzo polowano, oraz jego żołnierzy. Akcja, którą autor relacji nazwał nierozważnym i nieodpowiedzialnym wyczynem, była przemyślana i uzgodniona z miejscowym d-cą, a dotyczyła bezpieczeństwa oddziału t.j. około 100 żołnierzy, oraz żołnierzy A.K. z placówki Domaradz i przyległych wiosek. Znamy wiele akcji żołnierzy AK. gdzie później następowały represje oraz śmierć wielu niewinnych ludzi, ale tych akcji nie można potępiać ani krytykować, nie znając celu dla którego to wykonano. Każda śmierć jest tragedią i bardzo bolesna szczególnie dla rodzin pomordowanych osób, ale było to zło konieczne dla ratowania dziesiątek osób i żołnierzy AK. z placówki Domaradz i przyległych wiosek oraz naszego oddziału. Ja osobiście byłem bity i przesłuchiwany wiele miesięcy przez śledczych oficerów NKWD i Urzędu Bezpieczeństwa w Rzeszowie na powyższy temat, ale nigdy nie padło słowo że przez naszą akcję szkodę poniosły inne osoby. Przypuszczam, że nie jest to Pańska relacja, ale czy tych wiadomości nie warto było sprawdzić? Czy nie można użyć innych sformułowań? Czy trzeba drukować niesprawdzone wiadomości w książce, która poszła w7 świat pozostawiając negatywną opinię o żołnierzach 14 pułku Ułanów Jazłowieckich. Łączę wyrazy szacunku - Henryk Cmela ps. "Górski" Wersję wydarzeń na "Kazynczynej Górce" zgodną z relacją w opublikowanym wyżej liście Henryka Cmeli, potwierdza także żołnierz AK z Wesołej Walenty Kudła. Podobnie jak niektórzy żołnierze "Draży" znalazł się na Ziemiach Zachodnich. Tam wraz nimi uczestniczył w organizującym się WIN-ie. Z relacji Walentego Kudły, słyszanej od Aleksandra Dębskiego dowodzącego akcją z zasadzki i Jastrzębskiego stanowiącego osłonę tej akcji, wynikało, że głównym ich zadaniem było rozbrojenie i odebranie zrabowanych rzeczy. Do zabicia załogi 3 wozów (11 ludzi?) doszło dlatego, że na wezwanie o zatrzymanie się, załoga wozów otworzyła ogień z pepeszek. W odpowiedzi, serie oddane z zasadzki położyły trupem stawiających opór sowietów. Z życiem uszedł, ratujący się ucieczką, jeden z zaatakowanej załogi który zaalarmował NKWD w Rzeszowie. Adam Jara "Topór", d-ca plutonu AK w Domaradzu, akcję przeciwko 'taborytom" przeprowadzoną w tajemnicy i bez porozumienia z miejscowymi dowódcami plutonów AK, uważa za zasadniczy błąd, którego negatywne skutki ujawniły się w różnych ocenach i interpretacjach tego czynu. Spowodowało to liczne oskarżenia pod adresem AK o przysporzenie niepotrzebnych ofiar i cierpień. - " Na odprawie o której pisze w swym liście Henryk Cmela byłem obecny. "Draża" apelował m.in. o zapobieganie grabieżom, dewastacji lasów itp. Nie wspomniał mi nic o przygotowanej akcji. Na zasadzkę wybrał teren zbyt bliski Domaradza, co dało NKWD asumpt do krwawego odwetu (5 zabitych mieszkańców Domaradza) i aresztowań. Przez sześć miesięcy w śledztwie, poddano okrutnym torturom: Adama Jare, Jana Laska. Henryka Jastrzębskiego i Jana Kobiałkę. " Porozumienie "Draży", z lepiej znającymi teren, dowódcami miejscowych oddziałów AK przynieść mogło lepsze rozwiązanie tego problemu.
|





















